10.10.2026, 19:38 ✶
Othello Fawley był głupcem. Wiedział, że jego reakcja na tego zupełnie zwyczajnego przybysza była co najmniej nieadekwatna do sytuacji. Powinien przyjąć go jak każdego interesanta. Z lekką podejrzliwością, to zawsze. Z asertywnością, ale i otwartością na różne oferty. Zwykle to on starał się odrobinkę przytłoczyć drugą stronę, by znaleźć się na lepszej pozycji do negocjowania. Na razie jednak Fawley bardzo nie chciał myśleć o żadnych pozycjach, bo skojarzenia, które mu się nasuwały, bynajmniej nie miały nic do czynienia z biznesem.
– Alcybiades? To ciekawe imię. To był grecki matematyk, prawda? – burknął mało elokwentnie.
Modlił się do Matki, by zaraz Ted przyszedł z herbatą. Widok tego truposza potrafił bardzo szybko przywrócić umysłowi trzeźwość. Othello musiał jednak co jakiś czas spojrzeć na owego Alcybiadesa, by nie wyglądać na wystraszonego. Może mężczyzna był przepiękny, ale przecież nie można było dać się mu oskubać z pieniędzy. Albo pozwolić mu na mało korzystną ofertę.
Bądź w innej formie.
Coś w Othellu chciało się zgodzić na taką propozycję. Nie. Pragnęło tego całą siłą. Chciało powiedzieć, że może byłaby taka rzecz. Coś za zamkniętymi drzwiami, w jakimś słodkim zaciszu. Powiedzieć coś takiego wydawało się jednak Othellowi absolutnie obrzydliwe. Nie tylko Matce, ale w stosunku do nieznajomego. Przecież, gdyby ów domniemany flirt, wcale flirtem nie był, wstyd i upokorzenie byłyby niebotyczne. A mężczyzna mógłby się poczuć, nie daj bogowie, w jakiś sposób uprzedmiotowiony.
– Pieniądze wystarczą. Na moją dyskrecję też może pan liczyć – odparł nieco sucho. – Zatem cóż to za sprawa poufnej natury?
– Alcybiades? To ciekawe imię. To był grecki matematyk, prawda? – burknął mało elokwentnie.
Modlił się do Matki, by zaraz Ted przyszedł z herbatą. Widok tego truposza potrafił bardzo szybko przywrócić umysłowi trzeźwość. Othello musiał jednak co jakiś czas spojrzeć na owego Alcybiadesa, by nie wyglądać na wystraszonego. Może mężczyzna był przepiękny, ale przecież nie można było dać się mu oskubać z pieniędzy. Albo pozwolić mu na mało korzystną ofertę.
Bądź w innej formie.
Coś w Othellu chciało się zgodzić na taką propozycję. Nie. Pragnęło tego całą siłą. Chciało powiedzieć, że może byłaby taka rzecz. Coś za zamkniętymi drzwiami, w jakimś słodkim zaciszu. Powiedzieć coś takiego wydawało się jednak Othellowi absolutnie obrzydliwe. Nie tylko Matce, ale w stosunku do nieznajomego. Przecież, gdyby ów domniemany flirt, wcale flirtem nie był, wstyd i upokorzenie byłyby niebotyczne. A mężczyzna mógłby się poczuć, nie daj bogowie, w jakiś sposób uprzedmiotowiony.
– Pieniądze wystarczą. Na moją dyskrecję też może pan liczyć – odparł nieco sucho. – Zatem cóż to za sprawa poufnej natury?
Książę ciemności
Kiedy nareszcie zaśniesz, piękna pomrocznico,
W głębinie mauzoleum czarno-marmurowej,
Co wystarczy ci tedy za strojną alkowę,
I kiedy dół wilgotny ci będzie łożnicą.
Kiedy nareszcie zaśniesz, piękna pomrocznico,
W głębinie mauzoleum czarno-marmurowej,
Co wystarczy ci tedy za strojną alkowę,
I kiedy dół wilgotny ci będzie łożnicą.