10.10.2026, 15:37 ✶
Argumenty Icarusa miały to do siebie, że trudno było przyznać mu rację bez uprzedniego podjęcia choćby jednej próby obrony własnego stanowiska. Jednocześnie była to jedna z tych rzadkich okazji, kiedy Ari znajdował się w jej świecie, a nie ona w jego.
— No dobrze, ale czy na uniwersytecie możesz tak?! — krzyknęła, kiedy cień, który przesunął się po skale, nie należał do jednej, wielkiej bestii, lecz do kilku mniejszych sylwetek. Kolejno wyłaniały się zza skalnego występu. Rozległ się szelest skrzydeł, potem drugi, trzeci, aż górskie powietrze wypełniło się trzepotem i gardłowymi pomrukami.
Śmiech szczery i donośny wyrwał się z jej piersi, gdy nad skalnym tarasem przemknęła cała gromadka niewielkich smoczogników. Jeden z nich zatoczył szeroki krąg nad jeziorem, drugi pognał za nim, trzeci zaś zanurkował wprost ku kobiecie, aby w ostatniej chwili poderwać się w górę. Mona rozłożyła ramiona, chcąc przyjąć w objęcia całe to nieposkromione, skrzydlate szaleństwo. Odchyliła głowę. Wiatr targnął jej rudymi włosami, wyswobadzając pojedyncze kosmyki, które zatańczyły wokół bladej twarzy.
— No już, ty stary draniu. Nie każ mi czekać! — jeden ze smoczków odłączył się od reszty. Miał zielonkawe łuski, jaśniejsze wzdłuż gardła. Zatoczył niepewne koło nad głową Mony, po czym wylądował na jej wyciągniętym przedramieniu. Kobieta zachwiała się lekko pod jego ciężarem, ale smoczognik natychmiast wyciągnął łeb ku jej twarzy i trącił ją pyskiem w podbródek. Mona parsknęła śmiechem, zamknęła oczy, przytuliła policzek do jego chłodnej skóry. Pozostałe smoczki nadal wirowały nad ich głowami, a jeden z nich przysiadł na pobliskim głazie. Rowle uniosła wzrok ku niemu, a potem odwróciła się w stronę Icarusa. Jej policzki były zaróżowione od chłodu i śmiechu.
— Ari! — zawołała, wyciągając ku niemu rękę, na której spoczywał jej smoczek. — Chodź, musisz go poznać!
— No dobrze, ale czy na uniwersytecie możesz tak?! — krzyknęła, kiedy cień, który przesunął się po skale, nie należał do jednej, wielkiej bestii, lecz do kilku mniejszych sylwetek. Kolejno wyłaniały się zza skalnego występu. Rozległ się szelest skrzydeł, potem drugi, trzeci, aż górskie powietrze wypełniło się trzepotem i gardłowymi pomrukami.
Śmiech szczery i donośny wyrwał się z jej piersi, gdy nad skalnym tarasem przemknęła cała gromadka niewielkich smoczogników. Jeden z nich zatoczył szeroki krąg nad jeziorem, drugi pognał za nim, trzeci zaś zanurkował wprost ku kobiecie, aby w ostatniej chwili poderwać się w górę. Mona rozłożyła ramiona, chcąc przyjąć w objęcia całe to nieposkromione, skrzydlate szaleństwo. Odchyliła głowę. Wiatr targnął jej rudymi włosami, wyswobadzając pojedyncze kosmyki, które zatańczyły wokół bladej twarzy.
— No już, ty stary draniu. Nie każ mi czekać! — jeden ze smoczków odłączył się od reszty. Miał zielonkawe łuski, jaśniejsze wzdłuż gardła. Zatoczył niepewne koło nad głową Mony, po czym wylądował na jej wyciągniętym przedramieniu. Kobieta zachwiała się lekko pod jego ciężarem, ale smoczognik natychmiast wyciągnął łeb ku jej twarzy i trącił ją pyskiem w podbródek. Mona parsknęła śmiechem, zamknęła oczy, przytuliła policzek do jego chłodnej skóry. Pozostałe smoczki nadal wirowały nad ich głowami, a jeden z nich przysiadł na pobliskim głazie. Rowle uniosła wzrok ku niemu, a potem odwróciła się w stronę Icarusa. Jej policzki były zaróżowione od chłodu i śmiechu.
— Ari! — zawołała, wyciągając ku niemu rękę, na której spoczywał jej smoczek. — Chodź, musisz go poznać!
Sweet, mourning lamb
There's nothing you can do
Bound to suffering eternal through
the sins of their fathers committed
long before their conception
There's nothing you can do
Bound to suffering eternal through
the sins of their fathers committed
long before their conception