09.10.2026, 00:57 ✶
Wystarczyło kilka sekund, żeby zauważyć, że wszyscy tutaj zachowywali się odrobinę inaczej niż podczas zwykłego targu w dniu świątecznym - ludzie zerkali na siebie znacznie częściej i bardziej podejrzliwie, rozmowy urywały się w połowie, ktoś co chwilę odwracał głowę w stronę głównego placu - w powietrzu wisiało napięcie, którego nie dało się pomylić ze zwyczajnym sabatowym zamieszaniem, więc prowadzenie rozmowy na tematy wymagające dyskrecji zdecydowanie nie powinno było odbywać się w miejscu, w którym przystanęliśmy. Moje zainteresowanie asortymentem oferowanym w budce wzrosło jednak natychmiast, gdy tylko zobaczyłem koszulki wystawione na stoisku, chociaż nie powiedziałbym, że z powodów szczególnie szlachetnych, przez co ja również pozwoliłem sobie na chwilę zapomnieć, po co właściwie tu przyszliśmy. Przy wydarzeniach takich jak Samhain i w naszej obecnej sytuacji należało uznać to za niewątpliwy sukces marketingowy kowenu, niewypowiedziany, ale bardzo widoczny, dokładnie tak jak spojrzenie, jakim Sebastian otaksował moje barki…
Nie miałem szczególnych wymagań względem ubrań, zwłaszcza jeśli chodziło o stragan prowadzony przez organizację religijną podczas wydarzenia masowego, na którym większość rzeczy miała symboliczne znaczenie, ale przy tym, co zastały moje oczy, nie miałem już zamiaru wracać do domu z pustymi rękami. Skoro ktoś zawiesił tuż przed moim nosem coś, co rzeczywiście nieironicznie mi się podobało, a rozmiarówki były tak inkluzywne jak to gorliwie podkreślał Sebastian, moje zainteresowanie wyznawaniem Matki poprzez akty konsumpcjonizmu wzniosło się praktycznie do samego nieba, nawet jeśli zbyt ochocze przyznanie tego na głos mogłoby zaszkodzić mojej reputacji bardziej niż połowa przekleństw, które zdarzało mi się wypowiadać podczas pracy. Dzisiaj wyjątkowo - jeszcze - nie przekląłem, chociaż miałem ochotę, więc powodzenie modlitwy o siłę woli z minuty na minutę wydawało mi się coraz bardziej jasne.
- Fakt. Bardzo budujące, sze nawet w kwestii galdeloby nie dysklyminujecie nikogo… - Spojrzałem na Geraldine, potem znów na Macmillana, przyjmując porównanie towarów z tymi z pracowni Rosierów z pewnym rozbawieniem, ponieważ nie przepadałem za ekskluzywnością tamtego domu mody a akurat jakość ubrań była ostatnią rzeczą, o którą zamierzałem się niepokoić - chodziło mi przede wszystkim o wymiary i ewentualną różnicę w cenie pokrywającą znacząco większe zużycie materiału - moje ulubione, teraz już niestety nieistniejące, buty pochodziły zresztą z tureckiego bazaru i z dużym prawdopodobieństwem nigdy nie leżały obok smoczej skóry, którą miały udawać, poza tym notorycznie niszczyłem wszystkie koszule, spodnie i koszulki, więc gdybym zamierzał stawiać na ubrania wprost od lokalnych projektantów, nawet wysokie zarobki wkrótce nie nadążyłyby za listą jeszcze wyższych wydatków. Problem polegał na tym, że moje gabaryty od lat pozostawały pewnego rodzaju przeszkodą dla przemysłu odzieżowego, z czym stojąca obok Greengrass-Yaxley z pewnością mogła się identyfikować, więc tamto pytanie było całkiem zasadne, przynajmniej według mnie. Co prawda, nie twierdziłem, że byłem największym facetem w całej Wielkiej Brytanii, ale zdecydowanie należałem do tej kategorii, przy której krawcowie zaczynali dyskretnie zerkać w stronę drzwi prowadzących na zaplecze. Rzadko który z taką pewnością w głosie mnie tam zapraszał, trzeba to było przyznać.
Mogłem co najwyżej napawać się myślą, że dzięki temu rozsądnie zarządzałem finansami i nie kupowałem sezonowych fatałaszków, chociaż nawet mój umysł kalała czasem podstępna myśl, że być może część czynionych przeze mnie wydatków dałoby się wrzucić w koszty prowadzenia działalności… gdybym tylko prowadził legalnie firmę, wystawiał rachunki, dokumentował dochody i przyznawał się Ministerstwu do każdego zarobionego galeona, lecz niestety moje życie zawodowe nie zostało zbudowane na szczególnie przyjaznych dla księgowości fundamentach. Samo słowo „dokumentacja” brzmiało już dla mnie odpowiednio odstręczająco, więc szybko uznałem, że nie będę psuł sobie humoru rozważaniami o tym, co by było, gdybym prowadził życie bardziej zgodne z oczekiwaniami urzędników - pozostawało mi więc kupować ubrania za własne pieniądze, niszczyć je za własne pieniądze i za własne pieniądze kupować następne, co było może mało rozsądne, lecz przynajmniej nie wymagało ode mnie tłumaczenia przed żadnym urzędem, dlaczego specjalista od klątw koniecznie potrzebował co najmniej jednego T-shirtu „Samhain ‘72: Mój pierwszy sabat”, który - nie kryłem - szczególnie rzucił mi się w oczy, tuż obok Beltane ‘72, na którym może nie byłem, ale o którego przebiegu zdecydowanie słyszałem na tyle dużo, aby cicho prychnąć.
- Mnie się podobają. - Powiedziałem, wskazując brodą na jedną z koszulek z dopisanym sloganem, po czym wzruszyłem ramionami. Nie byłem szczególnie zgorszony, sam miałem w życiu kilka pomysłów, których prawdopodobnie nie powinienem był realizować, chociaż nawet mnie potrafiło zadziwić tempo, w jakim czarodziejska społeczność przechodziła od katastrofy do produkcji pamiątek, co z jednej strony było paskudne, z drugiej zaś stanowiło chyba jedną z niewielu rzeczy, które pozwalały im później normalnie funkcjonować. Poza tym w każdym większym zgromadzeniu prędzej czy później znajdował się ktoś, kto uznawał, że regulamin był tylko propozycją, podobnie jak drzwi były jedynie sugestią, żeby nie wchodzić bez pukania, więc przynajmniej produktywnie wykorzystał tu swój potencjał.
Bez ociągania ruszyłem za Sebastianem na zaplecze, mijając kolejne elementy infrastruktury i starając się nie wyglądać na kogoś, kto właśnie został zaprowadzony w miejsce, gdzie mógł zachowywać się podejrzanie, co przy moim wzroście i posturze mogłoby być zadaniem dość ambitnym, gdyby nie umiejętności, jakie nabyłem jeszcze w domu rodzinnym i które szlifowałem przez lata w terenie. Zerknąłem przy tym przelotnie w stronę kobiety palącej papierosa za sąsiednim stoiskiem, lecz nie zatrzymałem na niej wzroku dłużej, niż wymagała tego zwykła ostrożność, po czym kątem oka jeszcze raz wychwyciłem brzeg koszulki dotyczącej Polany Ognisk. Kącik ust drgnął mi bezwiednie, bo musiałem przyznać, że ktoś miał całkiem przyzwoicie nieprzyzwoite poczucie humoru, nawet jeśli wybrał do jego prezentacji moment, w którym rozsądniej byłoby zachować odrobinę większą subtelność. Wciąż byłem bardziej skłonny, by wygrzebać pasujące na nas „Samhain ‘72” z kartonu, byłoby to bardziej autentyczne, bo każda rzecz, którą kupowałem, miała przed sobą stosunkowo krótkie życie, więc jeśli już mogliśmy wmieszać się w coś, co było równoznaczne ze śmiertelnym ryzykiem…
- Świetnie. - Odezwałem się, sięgając w kierunku kartonowej konstrukcji i z roztargnieniem podważając paznokciem brzeg taśmy, choć myślami szybko znalazłem się już zupełnie gdzie indziej. Wystarczyło pierwsze zdanie o przemarszu, żebym przestał zastanawiać się nad tym, czy rzeczywiście znajdę dla siebie odpowiedni rozmiar koszulki, chociaż mogłem swobodnie przyznać, że przez chwilę przemknęła mi przez głowę myśl, że byłoby dość zabawnie założyć coś z takim nadrukiem i potem próbować wmówić komuś, że wybrałem to wyłącznie ze względów religijnych.
Powierzchownie zbadawszy stabilność konstrukcji, oparłem się plecami o wolny fragment ścianki zaplecza, skrzyżowałem ręce na piersi i pozwoliłem kuzynce przejąć rozmowę, samemu czekając na właściwy moment, by wtrącić coś, co nie byłoby tylko towarzyskim zapychaczem. Nie widziałem w tym najmniejszego problemu z mojej strony, wręcz przeciwnie, mogłem stać obok, słuchać i przyglądać się otoczeniu, co zresztą zwykle okazywało się znacznie bardziej użyteczne niż popisywanie się własnymi wydumanymi teoriami. Nie zamierzałem udawać, że miałem dostatecznie dużo niepowtarzalnych informacji do dodania, aby być kimś więcej, aniżeli wyłącznie tłem całego zebrania, nie była to żadna szczególnie szlachetna strategia polegająca na uszanowaniu czasu rozmówców, po prostu nauczyłem się rozpoznawać sytuacje, w których moje zdanie mogło spokojnie poczekać, a to zdecydowanie nie była chwila na błyszczenie wiedzą. Gerda nie potrzebowała mojej pomocy w prowadzeniu dialogu, wprost przeciwnie, podejrzewałem, że gdybym zaczął dorzucać własne uwagi, mogłaby spojrzeć na mnie w sposób, który oznaczałby, że właśnie przestałem być użyteczny, a nie chciałem powodować jeszcze większego napięcia od tego, które już zawisło w powietrzu niczym zapowiedź nadciągającej burzy.
„Przemarsz” był słowem, które samo w sobie mogło oznaczać wszystko albo nic, lecz kiedy chodziło o grupę nieprzewidywalnych ludzi próbujących dostać się do serca Kniei Godryka, przestawało brzmieć niewinnie. Zwykły tłum mógł zrobić sporo szkód przez przypadek, ale tłum przekonany, że miał misję do wykonania, potrafił zrobić rzeczy znacznie, znacznie gorsze od kilku przypadkowych dewastacji. Informacja, iż był to właściwie pewny rozwój sytuacji sama w sobie nie była dla mnie całkowitym zaskoczeniem, od pewnego czasu wiele rzeczy układało się w jeden, wyjątkowo paskudny obraz, lecz usłyszenie jej od kogoś stojącego w samym środku tego całego zamieszania miało zupełnie inną wagę. Łatwo było patrzeć wstecz oraz twierdzić, że „przecież wszystko było oczywiste”, lecz prawda zwykle wyglądała znacznie mniej efektownie - w niewłaściwym momencie większość znaków ostrzegawczych wyglądała jak zwykły zbieg okoliczności, cudza paranoja albo kolejna plotka, których magiczna społeczność produkowała coraz więcej i więcej, z każdym mijającym dniem - najwyraźniej kapłani też nie byli na to całkowicie odporni, nawet jeśli zwykli dopatrywać się działania opatrzności w wielu pozornie trywialnych sprawach.
Gdyby ktoś z Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów próbował wypytywać mnie o coś podobnego, również nie byłbym szczególnie skory do udzielania odpowiedzi, tu także zupełnie nie dziwiłem się reakcji kaznodziei, a jeśli przez „część problemów” Seba rozumiał wydarzenia, które mogły doprowadzić do kolejnego starcia, kilku trupów i jeszcze większego chaosu politycznego, to rzeczywiście istniała pewna szansa, że ktoś wyjdzie z tego z jakąś korzyścią. Pytanie tylko, kto… Kto dokładnie stał za pospolitym ruszeniem i czy w ogóle zamierzał brać w tym czynny udział, czy tylko podjudzał otoczenie?
- Co do tego, sze jest źle, nie będę się spielał. - Stwierdziłem po słowach Geraldine, przenosząc wzrok na Sebastiana. - Ale nie jestem tesz pszekonany, czy loswiąsanie, o któlym wspominasz, jakiekolwiek by nie było, bęsie walte ceny, jaką moszemy za nie zapłaciś. - Zbyt często słyszałem już, że trzeba pozwolić wydarzeniom potoczyć się własnym biegiem, bo na końcu czekało nas coś lepszego, żeby traktować takie zapewnienia jako szczególnie pocieszające. Czasami z kryzysu rzeczywiście rodziła się zmiana, tylko że zwykle najpierw trzeba było przeżyć sam kryzys, a z tym bywało różnie, zwłaszcza gdy ktoś uznał, że najlepszym momentem na rzucenie wyzwania światu była noc, podczas której rozsądni czarodzieje powinni raczej pilnować własnych progów i nie prowokować tego, co mogło czaić się po drugiej stronie.
Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, szukając właściwych słów, bo nie chciałem zabrzmieć jak ktoś, kto wieszczy nieszczęście na podstawie samej daty, choć jednocześnie…
- Gelaldine ma lasję. - To ci niespodzianka, jak na ostry start, ostatnio mówiłem to zaskakująco często. - Losumiem gniew i poczucie flustlasji w zwiąsku s decyzjami Ministelstwa, ale czy do tego wszystkiego naplawdę musieli wyblaś Samhain? Nie ma w całym kalendaszu dlugiej nocy, pszy któlej miałbym ochotę balsiej stanowczo odladzaś olganizowanie podobnych pszedsięwzięś… S pewnością mają swoje załoszenia, dopatlują się znaczeń i pszewag, ale w moim odczuciu te „malne szanse” dlastysznie dziś maleją. Tludno mi zatem sądziś, sze s jakiejkolwiek pelspektywy wyjdzie s tego coś koszystnego. - Nie dodawałem „bez urazy”, bo chyba nie było takiej potrzeby, Gerda słusznie spytała Sebę o to, co jeszcze wiedział. Po prostu zbyt wiele razy widziałem skutki działań podejmowanych przez osoby przekonane o tym, że wystarczyło znać okoliczności, nazwę rytuału, rozpoznać kilka znaków albo powtórzyć zasłyszane ostrzeżenie, żeby móc bezpiecznie wejść w obszar, którego zasad nie rozumiały, by myśleć, iż rozwiązywało to jakiekolwiek problemy - no, może prócz utraty zasobów podczas Spalonej Nocy i przeludnienia względem ich pozostałej ilości - każdy sabat niósł ze sobą własne znaczenia, własne zwyczaje i związane z nimi ryzyko, rzecz jasna, ale nie dało się ukryć, że wykorzystanie właśnie Samhain, nawet jeśli Gerard miał rację i widma z założenia trzymały się Kniei, bo czegoś stamtąd chciały, było szczególnie wymownym posunięciem. Wymownie idiotycznym.
Nie miałem szczególnych wymagań względem ubrań, zwłaszcza jeśli chodziło o stragan prowadzony przez organizację religijną podczas wydarzenia masowego, na którym większość rzeczy miała symboliczne znaczenie, ale przy tym, co zastały moje oczy, nie miałem już zamiaru wracać do domu z pustymi rękami. Skoro ktoś zawiesił tuż przed moim nosem coś, co rzeczywiście nieironicznie mi się podobało, a rozmiarówki były tak inkluzywne jak to gorliwie podkreślał Sebastian, moje zainteresowanie wyznawaniem Matki poprzez akty konsumpcjonizmu wzniosło się praktycznie do samego nieba, nawet jeśli zbyt ochocze przyznanie tego na głos mogłoby zaszkodzić mojej reputacji bardziej niż połowa przekleństw, które zdarzało mi się wypowiadać podczas pracy. Dzisiaj wyjątkowo - jeszcze - nie przekląłem, chociaż miałem ochotę, więc powodzenie modlitwy o siłę woli z minuty na minutę wydawało mi się coraz bardziej jasne.
- Fakt. Bardzo budujące, sze nawet w kwestii galdeloby nie dysklyminujecie nikogo… - Spojrzałem na Geraldine, potem znów na Macmillana, przyjmując porównanie towarów z tymi z pracowni Rosierów z pewnym rozbawieniem, ponieważ nie przepadałem za ekskluzywnością tamtego domu mody a akurat jakość ubrań była ostatnią rzeczą, o którą zamierzałem się niepokoić - chodziło mi przede wszystkim o wymiary i ewentualną różnicę w cenie pokrywającą znacząco większe zużycie materiału - moje ulubione, teraz już niestety nieistniejące, buty pochodziły zresztą z tureckiego bazaru i z dużym prawdopodobieństwem nigdy nie leżały obok smoczej skóry, którą miały udawać, poza tym notorycznie niszczyłem wszystkie koszule, spodnie i koszulki, więc gdybym zamierzał stawiać na ubrania wprost od lokalnych projektantów, nawet wysokie zarobki wkrótce nie nadążyłyby za listą jeszcze wyższych wydatków. Problem polegał na tym, że moje gabaryty od lat pozostawały pewnego rodzaju przeszkodą dla przemysłu odzieżowego, z czym stojąca obok Greengrass-Yaxley z pewnością mogła się identyfikować, więc tamto pytanie było całkiem zasadne, przynajmniej według mnie. Co prawda, nie twierdziłem, że byłem największym facetem w całej Wielkiej Brytanii, ale zdecydowanie należałem do tej kategorii, przy której krawcowie zaczynali dyskretnie zerkać w stronę drzwi prowadzących na zaplecze. Rzadko który z taką pewnością w głosie mnie tam zapraszał, trzeba to było przyznać.
Mogłem co najwyżej napawać się myślą, że dzięki temu rozsądnie zarządzałem finansami i nie kupowałem sezonowych fatałaszków, chociaż nawet mój umysł kalała czasem podstępna myśl, że być może część czynionych przeze mnie wydatków dałoby się wrzucić w koszty prowadzenia działalności… gdybym tylko prowadził legalnie firmę, wystawiał rachunki, dokumentował dochody i przyznawał się Ministerstwu do każdego zarobionego galeona, lecz niestety moje życie zawodowe nie zostało zbudowane na szczególnie przyjaznych dla księgowości fundamentach. Samo słowo „dokumentacja” brzmiało już dla mnie odpowiednio odstręczająco, więc szybko uznałem, że nie będę psuł sobie humoru rozważaniami o tym, co by było, gdybym prowadził życie bardziej zgodne z oczekiwaniami urzędników - pozostawało mi więc kupować ubrania za własne pieniądze, niszczyć je za własne pieniądze i za własne pieniądze kupować następne, co było może mało rozsądne, lecz przynajmniej nie wymagało ode mnie tłumaczenia przed żadnym urzędem, dlaczego specjalista od klątw koniecznie potrzebował co najmniej jednego T-shirtu „Samhain ‘72: Mój pierwszy sabat”, który - nie kryłem - szczególnie rzucił mi się w oczy, tuż obok Beltane ‘72, na którym może nie byłem, ale o którego przebiegu zdecydowanie słyszałem na tyle dużo, aby cicho prychnąć.
- Mnie się podobają. - Powiedziałem, wskazując brodą na jedną z koszulek z dopisanym sloganem, po czym wzruszyłem ramionami. Nie byłem szczególnie zgorszony, sam miałem w życiu kilka pomysłów, których prawdopodobnie nie powinienem był realizować, chociaż nawet mnie potrafiło zadziwić tempo, w jakim czarodziejska społeczność przechodziła od katastrofy do produkcji pamiątek, co z jednej strony było paskudne, z drugiej zaś stanowiło chyba jedną z niewielu rzeczy, które pozwalały im później normalnie funkcjonować. Poza tym w każdym większym zgromadzeniu prędzej czy później znajdował się ktoś, kto uznawał, że regulamin był tylko propozycją, podobnie jak drzwi były jedynie sugestią, żeby nie wchodzić bez pukania, więc przynajmniej produktywnie wykorzystał tu swój potencjał.
Bez ociągania ruszyłem za Sebastianem na zaplecze, mijając kolejne elementy infrastruktury i starając się nie wyglądać na kogoś, kto właśnie został zaprowadzony w miejsce, gdzie mógł zachowywać się podejrzanie, co przy moim wzroście i posturze mogłoby być zadaniem dość ambitnym, gdyby nie umiejętności, jakie nabyłem jeszcze w domu rodzinnym i które szlifowałem przez lata w terenie. Zerknąłem przy tym przelotnie w stronę kobiety palącej papierosa za sąsiednim stoiskiem, lecz nie zatrzymałem na niej wzroku dłużej, niż wymagała tego zwykła ostrożność, po czym kątem oka jeszcze raz wychwyciłem brzeg koszulki dotyczącej Polany Ognisk. Kącik ust drgnął mi bezwiednie, bo musiałem przyznać, że ktoś miał całkiem przyzwoicie nieprzyzwoite poczucie humoru, nawet jeśli wybrał do jego prezentacji moment, w którym rozsądniej byłoby zachować odrobinę większą subtelność. Wciąż byłem bardziej skłonny, by wygrzebać pasujące na nas „Samhain ‘72” z kartonu, byłoby to bardziej autentyczne, bo każda rzecz, którą kupowałem, miała przed sobą stosunkowo krótkie życie, więc jeśli już mogliśmy wmieszać się w coś, co było równoznaczne ze śmiertelnym ryzykiem…
- Świetnie. - Odezwałem się, sięgając w kierunku kartonowej konstrukcji i z roztargnieniem podważając paznokciem brzeg taśmy, choć myślami szybko znalazłem się już zupełnie gdzie indziej. Wystarczyło pierwsze zdanie o przemarszu, żebym przestał zastanawiać się nad tym, czy rzeczywiście znajdę dla siebie odpowiedni rozmiar koszulki, chociaż mogłem swobodnie przyznać, że przez chwilę przemknęła mi przez głowę myśl, że byłoby dość zabawnie założyć coś z takim nadrukiem i potem próbować wmówić komuś, że wybrałem to wyłącznie ze względów religijnych.
Powierzchownie zbadawszy stabilność konstrukcji, oparłem się plecami o wolny fragment ścianki zaplecza, skrzyżowałem ręce na piersi i pozwoliłem kuzynce przejąć rozmowę, samemu czekając na właściwy moment, by wtrącić coś, co nie byłoby tylko towarzyskim zapychaczem. Nie widziałem w tym najmniejszego problemu z mojej strony, wręcz przeciwnie, mogłem stać obok, słuchać i przyglądać się otoczeniu, co zresztą zwykle okazywało się znacznie bardziej użyteczne niż popisywanie się własnymi wydumanymi teoriami. Nie zamierzałem udawać, że miałem dostatecznie dużo niepowtarzalnych informacji do dodania, aby być kimś więcej, aniżeli wyłącznie tłem całego zebrania, nie była to żadna szczególnie szlachetna strategia polegająca na uszanowaniu czasu rozmówców, po prostu nauczyłem się rozpoznawać sytuacje, w których moje zdanie mogło spokojnie poczekać, a to zdecydowanie nie była chwila na błyszczenie wiedzą. Gerda nie potrzebowała mojej pomocy w prowadzeniu dialogu, wprost przeciwnie, podejrzewałem, że gdybym zaczął dorzucać własne uwagi, mogłaby spojrzeć na mnie w sposób, który oznaczałby, że właśnie przestałem być użyteczny, a nie chciałem powodować jeszcze większego napięcia od tego, które już zawisło w powietrzu niczym zapowiedź nadciągającej burzy.
„Przemarsz” był słowem, które samo w sobie mogło oznaczać wszystko albo nic, lecz kiedy chodziło o grupę nieprzewidywalnych ludzi próbujących dostać się do serca Kniei Godryka, przestawało brzmieć niewinnie. Zwykły tłum mógł zrobić sporo szkód przez przypadek, ale tłum przekonany, że miał misję do wykonania, potrafił zrobić rzeczy znacznie, znacznie gorsze od kilku przypadkowych dewastacji. Informacja, iż był to właściwie pewny rozwój sytuacji sama w sobie nie była dla mnie całkowitym zaskoczeniem, od pewnego czasu wiele rzeczy układało się w jeden, wyjątkowo paskudny obraz, lecz usłyszenie jej od kogoś stojącego w samym środku tego całego zamieszania miało zupełnie inną wagę. Łatwo było patrzeć wstecz oraz twierdzić, że „przecież wszystko było oczywiste”, lecz prawda zwykle wyglądała znacznie mniej efektownie - w niewłaściwym momencie większość znaków ostrzegawczych wyglądała jak zwykły zbieg okoliczności, cudza paranoja albo kolejna plotka, których magiczna społeczność produkowała coraz więcej i więcej, z każdym mijającym dniem - najwyraźniej kapłani też nie byli na to całkowicie odporni, nawet jeśli zwykli dopatrywać się działania opatrzności w wielu pozornie trywialnych sprawach.
Gdyby ktoś z Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów próbował wypytywać mnie o coś podobnego, również nie byłbym szczególnie skory do udzielania odpowiedzi, tu także zupełnie nie dziwiłem się reakcji kaznodziei, a jeśli przez „część problemów” Seba rozumiał wydarzenia, które mogły doprowadzić do kolejnego starcia, kilku trupów i jeszcze większego chaosu politycznego, to rzeczywiście istniała pewna szansa, że ktoś wyjdzie z tego z jakąś korzyścią. Pytanie tylko, kto… Kto dokładnie stał za pospolitym ruszeniem i czy w ogóle zamierzał brać w tym czynny udział, czy tylko podjudzał otoczenie?
- Co do tego, sze jest źle, nie będę się spielał. - Stwierdziłem po słowach Geraldine, przenosząc wzrok na Sebastiana. - Ale nie jestem tesz pszekonany, czy loswiąsanie, o któlym wspominasz, jakiekolwiek by nie było, bęsie walte ceny, jaką moszemy za nie zapłaciś. - Zbyt często słyszałem już, że trzeba pozwolić wydarzeniom potoczyć się własnym biegiem, bo na końcu czekało nas coś lepszego, żeby traktować takie zapewnienia jako szczególnie pocieszające. Czasami z kryzysu rzeczywiście rodziła się zmiana, tylko że zwykle najpierw trzeba było przeżyć sam kryzys, a z tym bywało różnie, zwłaszcza gdy ktoś uznał, że najlepszym momentem na rzucenie wyzwania światu była noc, podczas której rozsądni czarodzieje powinni raczej pilnować własnych progów i nie prowokować tego, co mogło czaić się po drugiej stronie.
Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, szukając właściwych słów, bo nie chciałem zabrzmieć jak ktoś, kto wieszczy nieszczęście na podstawie samej daty, choć jednocześnie…
- Gelaldine ma lasję. - To ci niespodzianka, jak na ostry start, ostatnio mówiłem to zaskakująco często. - Losumiem gniew i poczucie flustlasji w zwiąsku s decyzjami Ministelstwa, ale czy do tego wszystkiego naplawdę musieli wyblaś Samhain? Nie ma w całym kalendaszu dlugiej nocy, pszy któlej miałbym ochotę balsiej stanowczo odladzaś olganizowanie podobnych pszedsięwzięś… S pewnością mają swoje załoszenia, dopatlują się znaczeń i pszewag, ale w moim odczuciu te „malne szanse” dlastysznie dziś maleją. Tludno mi zatem sądziś, sze s jakiejkolwiek pelspektywy wyjdzie s tego coś koszystnego. - Nie dodawałem „bez urazy”, bo chyba nie było takiej potrzeby, Gerda słusznie spytała Sebę o to, co jeszcze wiedział. Po prostu zbyt wiele razy widziałem skutki działań podejmowanych przez osoby przekonane o tym, że wystarczyło znać okoliczności, nazwę rytuału, rozpoznać kilka znaków albo powtórzyć zasłyszane ostrzeżenie, żeby móc bezpiecznie wejść w obszar, którego zasad nie rozumiały, by myśleć, iż rozwiązywało to jakiekolwiek problemy - no, może prócz utraty zasobów podczas Spalonej Nocy i przeludnienia względem ich pozostałej ilości - każdy sabat niósł ze sobą własne znaczenia, własne zwyczaje i związane z nimi ryzyko, rzecz jasna, ale nie dało się ukryć, że wykorzystanie właśnie Samhain, nawet jeśli Gerard miał rację i widma z założenia trzymały się Kniei, bo czegoś stamtąd chciały, było szczególnie wymownym posunięciem. Wymownie idiotycznym.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)