Pokręciła głową i przewróciła oczami, kiedy usłyszała słowa swojego kuzyna. Oczywiście, że podłapał to, w jaki sposób zawołał ją kaznodzieja. Kto jak kto, ale akurat Benjy byłby w stanie wymienić pewnie nawet dalszych członków jej drzewa genealogicznego, w końcu byli rodziną, tylko aktualnie mało kto o tym wiedział. Ciekawe, jakby zareagowali gdyby zdawali sobie sprawę, że już jako chłystki razem sprawiali sporo kłopotów.
Geraldine nie podejrzewałaby, że ktoś taki jak Sebastian mógłby mieć słabość do ludzi pokroju jej i jej znajomych. Jak widać niezbadane były wyroki boskie. Ona sama bardzo szanowała akurat tego kaznodzieję, chociaż z większością nie było jej raczej po drodze. Sebastian okazał się być całkiem niezłym kapłanem, do tego udzielił jej ślubu mimo lekkiego podejścia do nauk małżeńskich. Co najważniejsze nie spowodował, że ceremonii nie dało się wytrzymać, wręcz przeciwnie wszystko poszło nadzwyczaj gładko, nawet napił się bimbru jej ojca i został na dalszej części imprezy. Nie tacy księża straszni, jak ich malowano, to znaczy nie taki Sebastian straszny… jakby się mogło wydawać. Uważała, że był naprawdę w porządku, dlatego też nie wahała się nawet chwilę, czy powinna zareagować na jego list. Ufał jej - nie chciała go zawieść, być może liczyła też na to, że Matka, czy inna siła wyższa jej się za to odwdzięczy czy coś, kiedy już dokona swoje żywota.
- Och, przepraszam, nie wiem jak mogłam zarzucić Wam nietolerancję. - Najwyraźniej nieco się zapomniała. W Kownie było miejsce dla wszystkich, dbali o swoich odbiorców, a więc tworzyli i ubrania w każdym rozmiarze, to było całkiem, ale całkiem logiczne, czyż nie? - Rosierowie szyją dla nielicznych, wy robicie to dla wszystkich, to się ceni. - Rozumiała to, że nie mogli sobie pozwolić na podobną jakość, jeśli każdy miał mieć możliwość kupić sobie ich ubrania. - Jakbyście potrzebowali kiedyś jakichś materiałów, czy coś, to chętnie nawiążemy współpracę na bardzo przyzwoitych warunkach. - Dodała jeszcze, jak zawsze myślała o rozwoju rodzinnego biznesu, a mogłaby nieco zejść z ceny w przypadku kapłanów. Nie zbiednieją od tego zbytnio, a Kowenowi mogłaby się przydać taka współpraca.
- Młodość rządzi się swoimi prawami, nie da się ukryć, że to całkiem chwytliwe. - Młode pokolenia miały swoje do przekazania, Geraldine uważała, że to było całkiem urocze, zwłaszcza, że przerabiali koszulki gdzieś potajemnie. Na pewno był w tym jakiś większy cel.
Właściwie przejście na ubocze nie było złym pomysłem. Nie daj Merlinie ktoś by tu ich podsłuchał, prawie uderzyła się ręką w czoło, bo jak zawsze bardzo szybko przeszła do konkretów, jednak Sebastian okazał się być rozsądniejszy od niej. Yaxleyówna była cholernie narwana, to przez to.
Znaleźli się na zapleczu, chociaż w sumie czy w ogóle było to zaplecze. Geraldine lustrowała wzrokiem otoczenie, przed nimi znajdowało się stoisko, za nimi kilka kartonów, nieźle to wyglądało jak na te warunki. Sebastian naprawdę się przygotował jak tylko mógł na ten sabat.
Słuchała tego, co mówił kapłan. Odprawił Departament Przestrzegania Prawa Czarodziejów? Nieźle. Naprawdę nieźle, chyba się tego po nim nie spodziewała, nawet jeśli zrobił to z powodu własnej niewiedzy. - Czego od Ciebie chcieli? W sumie może to i lepiej, że ich odprawiłeś, wiadomo, jakie oni mają podejście. - Nie było żadnej tajemnicy w tym, że Greengrass-Yaxley niekoniecznie było po drodze z Ministerstwem Magii. - Ludzie mają dość, aczkolwiek uważam, że ten przemarsz może być bardzo lekkomyślny. - Dodała jeszcze, nie wydawało jej się rozsądne włażenie do lasu, w którym mieszkały istoty, które mogły tak o, bez najmniejszego kłopotu odebrać komuś życie. Do pudła z koszulkami zamierzała przejść później, na końcu będzie czas na przyjemności.
- Co masz na myśli? Co może rozwiązać dręczące społeczność problemy? - Skoro zaczął ten temat, to posiadał na pewno jakieś informacje. - Mnie martwi to, że jak tam wejdą to istnieją marne szanse na to, że wyjdą, to jest trochę jak podróż w jedną stronę. - Dodała to, co ją trapiło. Przeniosła wzrok na Benjy'ego, był tutaj z nią, chociaż przecież też wiedział, czego się mogą spodziewać. - Ich tam jest naprawdę wiele, ojciec wspomniał mi o tym, że nie wychodzą poza las dlatego, że jest tam coś, czego pragną, nie wiem jednak co to może być. - Postanowiła wspomnieć o tym, co Gerard napisał jej w liście.