07.10.2026, 21:41 ✶
Nie zapytała go, co robi, bo w tej jednej sekundzie nie było już miejsca na pytania — poczuła tylko, jak jego ramię zgarnia ją za biodra, jak ziemia przesuwa się o nieprzyjemną piędź, i jak całe jej opatulone cudzym płaszczem ciało, usztywnia się jak na wykalkulowaną komendę.
A potem Samuel, którego znała… przestał być Samuelem.
Nie zdążyła tego zobaczy, ale poczuła za to wszystko inne. Jak płótno koszuli pod policzkiem w pół oddechu zarasta sierścią, szorstką, tłustą od wilgoci, ale pachnącą czymś dziwnie znajomym; jak plecy pod nią wzbierają, rozpychając się w boki niczym ciasto, któremu ktoś uchylił pokrywę; jak jej własne kolana rozjeżdżają się bezradnie, bo nagle nie miała już czego nimi objąć. Pamiętała o jego zdolnościach, choć bardzo udawała, że nie, wspominał również o tym jeszcze niespełna kwadrans temu. Ale i tak nie spodziewała się, że przemianę zobaczy jeszcze dziś.
Ryk zatrząsł nią od środka, wybijając z niej powietrze razem z resztkami myśli, i Septima poczuła go w przeponie wcześniej, niż we własnych uszach.
Trzymaj się mocno — tak powiedział, zanim przestał mówić, i to było dokładnie tyle instrukcji, ile dostała; całą resztę musiała sobie dopowiedzieć sama, więc przywarła do niego policzkiem, wsunęła dłonie głębiej, splotła palce i ścisnęła kolanami to, co dało się ścisnąć, myśląc, że przecież już raz patrzyła na ten sam grzbiet, tylko że z drugiego końca sali i w znacznie przyjemniejszych okolicznościach. Ale patrzeć na niedźwiedzia, a go, cóż, ujeżdżać, to były dwie różne, bardzo różne, czynności.
Gdzieś z boku polany zerwał się pisk, cienki, kompromitująco… ludzki. Ponad karkiem Samuela Septima zdążyła jeszcze zobaczyć kilka białych sukman podrywających się z trawy i czmychających w stronę drzew tak niezdarnie, że jedna z postaci zgubiła po drodze coś, co brzęknęło o korzeń. Dzwoneczki! Czy były prawdziwe? Czy po prostu wszystko co widzieli było jedynie czkawką porzuconej przez kogoś magii? I dlaczego nie obchodziło ją to bardziej?
Już nie odwracała głowy. Samuel popędził przed siebie i świat uciekł jej z ramion.
Ruszyli cwałem, a obraz stracił krawędzie. Pęd rozciął jej powietrze przed twarzą, włosy poszły do tyłu jednym pasmem, a drobne gałązki muskały je, najpierw się wczepiając, by chwilę potem odpuścić potulnie. Kiedy ostatnio tak gnała przed siebie? Kiedy uciekała, ale uciekała nie przed nokturnowymi zbirami o obitych gębach, tylko przed leśnymi marami.
Nie potrafiła. Nie zapanowała nad tym. Kąciki ust rozchyliły jej się same, bez pozwolenia, i zanim zdążyła je z powrotem siłą ściągnąć, wiatr wepchnął jej do środka garść haustu powietrza. Instynktem było zacisnąć krtań i wykrztusić resztę, ale zamiast zwierzęcego charczenia z jej ust uleciał inny dźwięk. Śmiech. Głupi, bezgłośny z początku, a potem już całkiem głośny, brzmiący tak, jak niegdyś śmiała się na barkach ojca, albo Finneasa, zanim urosła na tyle, żeby jej już nie podnosili.
Chociaż szamotało tam na górze i chociaż mięśnie pracowały nad asekurującym ściskiem niedźwiadka, to z całą pewnością mogła stwierdzić, że trzepoczące pod piersią serce chciało gnać dalej. Dłużej. Bez celu. Czy Samuel czasem czuł to samo? Czyżby do tego jego wiecznie nieobecne, naznaczone tęsknotą ślepia, wracały? Czy gdy zasypiał na ich kanapie to żałował, że to nie leśny las muskał jego szyję?
Ollivander nagle wyrobiła sobie przekonanie, że tak.
A potem Samuel, którego znała… przestał być Samuelem.
Nie zdążyła tego zobaczy, ale poczuła za to wszystko inne. Jak płótno koszuli pod policzkiem w pół oddechu zarasta sierścią, szorstką, tłustą od wilgoci, ale pachnącą czymś dziwnie znajomym; jak plecy pod nią wzbierają, rozpychając się w boki niczym ciasto, któremu ktoś uchylił pokrywę; jak jej własne kolana rozjeżdżają się bezradnie, bo nagle nie miała już czego nimi objąć. Pamiętała o jego zdolnościach, choć bardzo udawała, że nie, wspominał również o tym jeszcze niespełna kwadrans temu. Ale i tak nie spodziewała się, że przemianę zobaczy jeszcze dziś.
Ryk zatrząsł nią od środka, wybijając z niej powietrze razem z resztkami myśli, i Septima poczuła go w przeponie wcześniej, niż we własnych uszach.
Trzymaj się mocno — tak powiedział, zanim przestał mówić, i to było dokładnie tyle instrukcji, ile dostała; całą resztę musiała sobie dopowiedzieć sama, więc przywarła do niego policzkiem, wsunęła dłonie głębiej, splotła palce i ścisnęła kolanami to, co dało się ścisnąć, myśląc, że przecież już raz patrzyła na ten sam grzbiet, tylko że z drugiego końca sali i w znacznie przyjemniejszych okolicznościach. Ale patrzeć na niedźwiedzia, a go, cóż, ujeżdżać, to były dwie różne, bardzo różne, czynności.
Gdzieś z boku polany zerwał się pisk, cienki, kompromitująco… ludzki. Ponad karkiem Samuela Septima zdążyła jeszcze zobaczyć kilka białych sukman podrywających się z trawy i czmychających w stronę drzew tak niezdarnie, że jedna z postaci zgubiła po drodze coś, co brzęknęło o korzeń. Dzwoneczki! Czy były prawdziwe? Czy po prostu wszystko co widzieli było jedynie czkawką porzuconej przez kogoś magii? I dlaczego nie obchodziło ją to bardziej?
Już nie odwracała głowy. Samuel popędził przed siebie i świat uciekł jej z ramion.
Ruszyli cwałem, a obraz stracił krawędzie. Pęd rozciął jej powietrze przed twarzą, włosy poszły do tyłu jednym pasmem, a drobne gałązki muskały je, najpierw się wczepiając, by chwilę potem odpuścić potulnie. Kiedy ostatnio tak gnała przed siebie? Kiedy uciekała, ale uciekała nie przed nokturnowymi zbirami o obitych gębach, tylko przed leśnymi marami.
Nie potrafiła. Nie zapanowała nad tym. Kąciki ust rozchyliły jej się same, bez pozwolenia, i zanim zdążyła je z powrotem siłą ściągnąć, wiatr wepchnął jej do środka garść haustu powietrza. Instynktem było zacisnąć krtań i wykrztusić resztę, ale zamiast zwierzęcego charczenia z jej ust uleciał inny dźwięk. Śmiech. Głupi, bezgłośny z początku, a potem już całkiem głośny, brzmiący tak, jak niegdyś śmiała się na barkach ojca, albo Finneasa, zanim urosła na tyle, żeby jej już nie podnosili.
Chociaż szamotało tam na górze i chociaż mięśnie pracowały nad asekurującym ściskiem niedźwiadka, to z całą pewnością mogła stwierdzić, że trzepoczące pod piersią serce chciało gnać dalej. Dłużej. Bez celu. Czy Samuel czasem czuł to samo? Czyżby do tego jego wiecznie nieobecne, naznaczone tęsknotą ślepia, wracały? Czy gdy zasypiał na ich kanapie to żałował, że to nie leśny las muskał jego szyję?
Ollivander nagle wyrobiła sobie przekonanie, że tak.
Kocham drewno i duże bicepsy.