Geraldine przyglądała się otoczeniu. Wypadało zorientować się, gdzie znajdowały się wszystkie oficjalne wyjścia, w sumie to tak naprawdę w ogóle sprawdzić, czy istniały, czy później może zacząć się tutaj chaos i tłum ludzi będzie mógł się wylewać z każdej strony. Obserwowała uważnie okolicę, chciała też wiedzieć ile mniej więcej osób się tutaj póki co pojawiło. To było dość istotne, zważając na to, że w korespondencji padły informacje o niekoniecznie przyjemnie nastawionych nastrojach zwykłych zjadaczy chleba. Kręcili się tutaj również pracownicy Ministerstwa, co wcale jej nie zdziwiło, Knieja aktualnie była bardzo popularnym miejscem, kto wie, czy nie mówiono więcej, niż o samej stolicy.
- Kto jak kto, ale oni zawsze lubią się pokazać. - Przynajmniej tak się Geraldine wydawało. Kowen lubił odpowiednio podchodzić do sabatów, kapłani i kapłanki zawsze bardzo mocno przygotowywali się do tych wydarzeń, niby dzień święty trzeba było święcić, ale ona miała swoje zdanie na ten temat, którym aktualnie chyba niekoniecznie chciała się dzielić.
Mijali stragany, których wydawało jej się być mniej niż podczas Ostary i Lithy. Szukała wzrokiem jednak tego jednego, przy którym miał się znajdować kapłan, z którym musieli porozmawiać.
Greengrass-Yaxley szła przed siebie całkiem żwawym krokiem, zresztą jak zawsze. Nie do końca potrafiła poruszać się inaczej, była jednak bardzo uważna, do tego wyostrzyła swoje wszystkie zmysły, żeby przypadkiem żadne potwory się przed nią nie ukryły. Obserwowała wszystkie stoiska, które mijali. Nie, żeby szukała czegoś co wpadnie jej w oko, bo nie po to się tutaj znaleźli. Mieli swoją własną misję, chciała jednak zapamiętać co się gdzie znajdowało.
Nie usłyszała tego pierwszego zwrotu. Faktycznie Sebastian odezwał się zbyt cicho, ludzie, którzy ich mijali dosyć głośno między sobą dyskutowali. Nie zignorowała jednak tego Greengrass-Yaxley. Odwróciła się i wtedy dostrzegła Sebastiana i jego stoisko, to znaczy drwnianą budkę. Zmrużyła oczy i nieco się skrzywiła, nie tego się spodziewała, być może Kowen nieco ucierpiał finansowo po Spalonej Nocy, czy coś. - Faktycznie bardzo ceremonialne… - Mruknęła jeszcze cicho do Fenwicka. Ruszyli w kierunku kapłana, znalazł ich szybciej, niż oni jego. W sumie na pewno odrobinę wyróżniali się w tym tłumie swoim wzrostem, nie łatwo było ich przegapić, w przeciwieństwie do kowenowego straganu.
Nie wątpiła w szczerość Macmillana, wydawał się być naprawdę poczciwym człowiekiem i Ger gdzieś pod skórą czuła, że nie chce zawieść jego zaufania. - Na pewno Twoja modlitwa doda nam sił. - Nie do końca wiedziała, jak powinna zareagować na te słowa, starała się więc być miła jak na siebie, co wcale nie było dla niej takie proste. - Tak, kręci się ich tutaj dosyć sporo, coś zwróciło jeszcze Twoją uwagę? - Zapewne spędził już tu trochę czasu, mógł zobaczyć to i owo podczas przygotowań, być może było coś nietypowego.
Przeniosła wzrok na stoisko, aby obejrzeć asortyment przygotowany przez Kowen. Nie wiedziała, czego powinna się spodziewać, bo tak się składało, że zazwyczaj omijała akurat to stoisko szerokim łukiem. Dotknęła dłonią koszulek, z zainteresowaniem czytała slogany, które się na nich znajdowały. - Nie najgorzej to wygląda, macie nasze rozmiary? - To wcale nie było takie oczywiste, bo odbiegali wzrostem od większości społeczeństwa.