07.10.2026, 18:33 ✶
Obsługiwanie kolejnych klientów przychodziło Sebastianowi z lekkim trudem. Robił wszystko w swojej mocy, aby wypaść przed nimi jak najbardziej naturalnie, ale czy to wystarczało? Nie mógł powstrzymać się przed tym, żeby nie przypatrywać się tegorocznym gościom sabatu z większą uwagą niż zazwyczaj.
Każde z nich mogło za kilka godzin udać się na podbój Kniei Godryka. Każde z nich mogło ryzykować swoim zdrowiem i życiem, aby ponownie znaleźć się w świętym miejscu Matki. I każde z nich może pogorszyć całą sprawę z Widmami, szeptał Macmillanowi cichy głosik w jego głowie, podsycając najgorsze obawy względem nadchodzącej nocy.
W okolicy Doliny Godryka znalazło się zdecydowanie zbyt wiele problematycznych czynników, które nałożone na siebie mogły doprowadzić do absolutnej katastrofy. Odwrócony dąb. Widma. Badacze z Polany Ognisk (o ile wciąż tam urzędowali). Siły porządkowe Ministerstwa Magii. Zbuntowani Wierni. A przecież mogli do tego też dołączyć ludzie, którzy ruszą za tłumem szturmującym Knieję z czystej ciekawości. Przy takim układzie sił coś po prostu musiało pójść nie tak.
Po odprawieniu od lady klientki, która kupiła kilka sztuk zakładek do książek, Sebastian zaczął rozglądać się na wszystkie strony w poszukiwaniu kolejnych zainteresowanych. Tym razem jednak zamiast wianuszka starszych dewotek wypatrzył w alejce między straganami Geraldine Yaxley i Benjy'ego Fenwicka. Jego ręka momentalnie powędrowała w górę, co by mógł zwrócić na siebie ich uwagę.
— O Pani! — rzucił ku nim, jednak chyba zbyt cicho, aby go usłyszeli. — Geraldine Yaxley. — Chyba musiał wołać głośniej. — Greengrass-Yaxley!
Wyprostował się mimowolnie, gdy poczuł na sobie spojrzenie towarzyszących mu kapłanek. Nie wtajemniczył ich w to, czego dowiedział się na temat bezbożnego dębu i planów wiernych. Przed wyruszeniem z Londynu przypomniał im jednak o wszelkich procedurach bezpieczeństwa na wypadek jakiegoś incydentu; miały nie dbać o dobytek stoiska i skupić się na tym, aby znaleźć się w bezpiecznym miejscu. Tak chyba było najrozsądniej.
— Moje serce raduje się na… wasz widok — kontynuował już nieco spokojniejszym tonem Sebastian, gdy para znalazła się już bliżej głównej lady. — Jeszcze z rana modliłem się do Przenajświętszej, abyście pozostali w dobrym zdrowiu, a wasza siła woli pozwalała wam przezwyciężyć wszystkie przeciwności losu. To może być tylko sabat, ale to wciąż Samhain. — Wypuścił głośno powietrze przez usta. — A jak sami możecie zauważyć Ministerstwo ewidentnie na coś się szykuje. Ich funkcjonariusze krążą już tutaj od rana.
W tej chwili zerknął w bok, w stronę przejścia między dwoma stoiskami, które prowadziło na tyły straganów, gdzie większość wystawców wystawiała kosze na śmieci, zużyte kartony i puste opakowania po produktach. Co jak co, ale rozmowy na temat Polany nie powinni prowadzić przy głównej ladzie, do której mógł podejść… Cóż, praktycznie każdy, gdyby nie to, że mieściły się przy niej może trzy osoby na raz.
— My… — zaczął niepewnie, wodząc wzrokiem po Geraldine i Benjym, aż jego spojrzenie zatrzymało się na wiszących tuż obok koszulkach. — Nie mamy zbyt wielu wariantów, ale można sprawdzić na tyłach, czy nie mamy czegoś dodatkowego. Niestety, większość poszła do Little Hangleton.
Każde z nich mogło za kilka godzin udać się na podbój Kniei Godryka. Każde z nich mogło ryzykować swoim zdrowiem i życiem, aby ponownie znaleźć się w świętym miejscu Matki. I każde z nich może pogorszyć całą sprawę z Widmami, szeptał Macmillanowi cichy głosik w jego głowie, podsycając najgorsze obawy względem nadchodzącej nocy.
W okolicy Doliny Godryka znalazło się zdecydowanie zbyt wiele problematycznych czynników, które nałożone na siebie mogły doprowadzić do absolutnej katastrofy. Odwrócony dąb. Widma. Badacze z Polany Ognisk (o ile wciąż tam urzędowali). Siły porządkowe Ministerstwa Magii. Zbuntowani Wierni. A przecież mogli do tego też dołączyć ludzie, którzy ruszą za tłumem szturmującym Knieję z czystej ciekawości. Przy takim układzie sił coś po prostu musiało pójść nie tak.
Po odprawieniu od lady klientki, która kupiła kilka sztuk zakładek do książek, Sebastian zaczął rozglądać się na wszystkie strony w poszukiwaniu kolejnych zainteresowanych. Tym razem jednak zamiast wianuszka starszych dewotek wypatrzył w alejce między straganami Geraldine Yaxley i Benjy'ego Fenwicka. Jego ręka momentalnie powędrowała w górę, co by mógł zwrócić na siebie ich uwagę.
— O Pani! — rzucił ku nim, jednak chyba zbyt cicho, aby go usłyszeli. — Geraldine Yaxley. — Chyba musiał wołać głośniej. — Greengrass-Yaxley!
Wyprostował się mimowolnie, gdy poczuł na sobie spojrzenie towarzyszących mu kapłanek. Nie wtajemniczył ich w to, czego dowiedział się na temat bezbożnego dębu i planów wiernych. Przed wyruszeniem z Londynu przypomniał im jednak o wszelkich procedurach bezpieczeństwa na wypadek jakiegoś incydentu; miały nie dbać o dobytek stoiska i skupić się na tym, aby znaleźć się w bezpiecznym miejscu. Tak chyba było najrozsądniej.
— Moje serce raduje się na… wasz widok — kontynuował już nieco spokojniejszym tonem Sebastian, gdy para znalazła się już bliżej głównej lady. — Jeszcze z rana modliłem się do Przenajświętszej, abyście pozostali w dobrym zdrowiu, a wasza siła woli pozwalała wam przezwyciężyć wszystkie przeciwności losu. To może być tylko sabat, ale to wciąż Samhain. — Wypuścił głośno powietrze przez usta. — A jak sami możecie zauważyć Ministerstwo ewidentnie na coś się szykuje. Ich funkcjonariusze krążą już tutaj od rana.
W tej chwili zerknął w bok, w stronę przejścia między dwoma stoiskami, które prowadziło na tyły straganów, gdzie większość wystawców wystawiała kosze na śmieci, zużyte kartony i puste opakowania po produktach. Co jak co, ale rozmowy na temat Polany nie powinni prowadzić przy głównej ladzie, do której mógł podejść… Cóż, praktycznie każdy, gdyby nie to, że mieściły się przy niej może trzy osoby na raz.
— My… — zaczął niepewnie, wodząc wzrokiem po Geraldine i Benjym, aż jego spojrzenie zatrzymało się na wiszących tuż obok koszulkach. — Nie mamy zbyt wielu wariantów, ale można sprawdzić na tyłach, czy nie mamy czegoś dodatkowego. Niestety, większość poszła do Little Hangleton.