05.10.2026, 17:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.10.2026, 18:01 przez Septima Ollivander.)
Wszyscy. Septima przyjęła to słowo bez drgnienia, bo w istocie pasowało do wszystkiego, co widziała i słyszała od momentu wybuchu paniki. Pasowało do wybitych szyb po obu stronach ulicy, do sklepów uwikłanych w płonące wieńce, do krzyków i kakofonii, która uwierała w uszy. Gdyby celem był ktoś jeden, usłyszałaby jednogłośność nazwy lub miejsca. Usłyszałaby o jakiejś wyrwie w rzędzie kamienic, albo o wypalonym czarnym oknie wśród ocalałych. Tu czarne i wypalone było wszystko.
— Septima — powiedziała, ze zdziwieniem odnajdując własne imię gdzieś wysoko, pod podniebieniem.
Usłyszała samą siebie z opóźnieniem, jakby zdanie wracało do niej odbite od muru po drugiej stronie ulicy, i dopiero wtedy zrozumiała, że mówi za wolno, przeciągając samogłoski niczym typowy piątkowy pijak z Rejwachu.
Z zimnem było coraz gorzej. Paradoksalnym, bo przecież oddech gorąca spływał na nie z każdej strony świata. Ale to zimno wchodziło od dołu, od tego biodra, które na moment przestało być jej własnością, i pełzło w górę powoli, metodycznie, zabierając po kolei kolano, udo, bok. Trzymała mankiet aurorki i nie wiedziała już, czy trzyma go mocno, czy tak jej się tylko wydawało. Pot wystąpił jej na kark nieprzyjemnie chłodny, choć kilka kroków dalej ogień zlizywał z szyldu ostatnie litery.
Myślała wtedy o ojcu i o okiennicach, o tym, że są żelazne i że zapewne poradzą sobie z ogniem; myślała o sklepie, o różdżkach, o składziku z drewnem i o sąsiadach. A potem coś w niej po prostu zasiadło z ciężkością największej masy ołowiu.
Nie nazwałaby tego świadomym objawieniem. Po prostu przestała oddawać opór. Wchodząc w zgodę z własnym głosem, poczuła lekkość w barkach, w karku, nawet w zaciśniętej jak szczypce szczęce — wszędzie tam, gdzie przez ostatnie minuty trzymała ją nieubłagana drętwota.
— Dobrze — przytaknęła posłusznie.
Zrobiło jej się od tego słowa jakoś pusto, trochę gorzko, tak jakby zdradziła kogoś, kto o tym nigdy się miał nie dowiedzieć.
— Dobrze. Pójdę do Munga. Tylko niech pani nie puszcza mojego rękawa, bo ja… — Urwała, bo kamienica po przeciwnej stronie nagle stanęła przed jej oczyma w dwóch miejscach naraz, rozdwojona wzdłuż, i trzeba było poczekać, aż z powrotem się zrośnie.
W uszach narastał jej dźwięk; coś co nie było hukiem pożaru, ani krzykiem, tylko wysokim, cienkim tonem. Równym, uprzykrzonym, taki, jaki zostaje w głowie po zbyt długim toczeniu drewna. Zrobiło się ciemniej po bokach, choć nad dachami wciąż wisiała pomarańczowa łuna. Wiatr nie chciał jej rozwiać, magia nie chciała jej przepędzić. Ollivander miała nadzieję, że najgorsze było za nimi.
Oparła czoło o cudze ramię i zamknęła w sobie ścieżki wszystkich osamotnionych myśli, które chciały ją wyprowadzić z dala od Victorii.
— Proszę na siebie uważać.
Odparła jej na pożegnanie, gdy w końcu dotarły do Munga.
— Dziękuję.
Nie była pewna czy Aurorka zdążyła rachityczne podziękowanie usłyszeć. Dla Septimy przeszłość i teraźniejszość zlepiła się w jedną, pokraczną mamałygę bez smaku i koloru. Kilka godzin później Ollivander rozmyślała czy Victorię jeszcze kiedykolwiek zobaczy na oczy i czy straszliwe płomienie Spalonej Nocy nie pochłonęły również i jej.
— Septima — powiedziała, ze zdziwieniem odnajdując własne imię gdzieś wysoko, pod podniebieniem.
Usłyszała samą siebie z opóźnieniem, jakby zdanie wracało do niej odbite od muru po drugiej stronie ulicy, i dopiero wtedy zrozumiała, że mówi za wolno, przeciągając samogłoski niczym typowy piątkowy pijak z Rejwachu.
Z zimnem było coraz gorzej. Paradoksalnym, bo przecież oddech gorąca spływał na nie z każdej strony świata. Ale to zimno wchodziło od dołu, od tego biodra, które na moment przestało być jej własnością, i pełzło w górę powoli, metodycznie, zabierając po kolei kolano, udo, bok. Trzymała mankiet aurorki i nie wiedziała już, czy trzyma go mocno, czy tak jej się tylko wydawało. Pot wystąpił jej na kark nieprzyjemnie chłodny, choć kilka kroków dalej ogień zlizywał z szyldu ostatnie litery.
Myślała wtedy o ojcu i o okiennicach, o tym, że są żelazne i że zapewne poradzą sobie z ogniem; myślała o sklepie, o różdżkach, o składziku z drewnem i o sąsiadach. A potem coś w niej po prostu zasiadło z ciężkością największej masy ołowiu.
Nie nazwałaby tego świadomym objawieniem. Po prostu przestała oddawać opór. Wchodząc w zgodę z własnym głosem, poczuła lekkość w barkach, w karku, nawet w zaciśniętej jak szczypce szczęce — wszędzie tam, gdzie przez ostatnie minuty trzymała ją nieubłagana drętwota.
— Dobrze — przytaknęła posłusznie.
Zrobiło jej się od tego słowa jakoś pusto, trochę gorzko, tak jakby zdradziła kogoś, kto o tym nigdy się miał nie dowiedzieć.
— Dobrze. Pójdę do Munga. Tylko niech pani nie puszcza mojego rękawa, bo ja… — Urwała, bo kamienica po przeciwnej stronie nagle stanęła przed jej oczyma w dwóch miejscach naraz, rozdwojona wzdłuż, i trzeba było poczekać, aż z powrotem się zrośnie.
W uszach narastał jej dźwięk; coś co nie było hukiem pożaru, ani krzykiem, tylko wysokim, cienkim tonem. Równym, uprzykrzonym, taki, jaki zostaje w głowie po zbyt długim toczeniu drewna. Zrobiło się ciemniej po bokach, choć nad dachami wciąż wisiała pomarańczowa łuna. Wiatr nie chciał jej rozwiać, magia nie chciała jej przepędzić. Ollivander miała nadzieję, że najgorsze było za nimi.
Oparła czoło o cudze ramię i zamknęła w sobie ścieżki wszystkich osamotnionych myśli, które chciały ją wyprowadzić z dala od Victorii.
— Proszę na siebie uważać.
Odparła jej na pożegnanie, gdy w końcu dotarły do Munga.
— Dziękuję.
Nie była pewna czy Aurorka zdążyła rachityczne podziękowanie usłyszeć. Dla Septimy przeszłość i teraźniejszość zlepiła się w jedną, pokraczną mamałygę bez smaku i koloru. Kilka godzin później Ollivander rozmyślała czy Victorię jeszcze kiedykolwiek zobaczy na oczy i czy straszliwe płomienie Spalonej Nocy nie pochłonęły również i jej.
Koniec sesji
Kocham drewno i duże bicepsy.