04.10.2026, 12:19 ✶
Mona podeszła bliżej i pochyliła się nad otwartym pojemnikiem z nieukrywaną ciekawością. Nie dotknęła jednak zawartości. Zatrzymała dłoń na krawędzi pudełka. Oceniła geometrię włókien, ich grubość, sposób, w jaki jedne pasma przechodziły w drugie, oraz miejsca, w których delikatna sieć ulegała zagęszczeniu. Struktura była inna niż się spodziewała.
— Pajęczynka — mruknęła. Przechyliła głowę. — Wygląda na to, że krystalizował w obecności jakiegoś karbonatu… może siarczanu. To może być zarówno wada, jak i zaleta, zależnie od tego, co uczyni z nim temperatura. Nieźle.
Nachyliła się jeszcze niżej. Jedno z połączeń przykuło jej uwagę. Jak zacznie wchłaniać ciepło, ten splot czarnopomarańczowy zadziała jak przewodnik, nie jak izolator. Sieć rozgrzeje się nierównomiernie… Wyprostowała się. Skoro kwarc miał nie pozwalać zawartości zbijać się w jedną masę, musiały najpierw sprawdzić, przy jakiej temperaturze te żyłki zaczną mięknąć. Smoczy ogień to nie był kocioł alchemiczny.
— Co do pojemnika, powinien wytrzymać. Smoczy żołądek jest gorętszy niż cokolwiek, co jesteśmy w stanie zrobić tutaj. Pytanie brzmi, czy wytrzyma nasza struktura, jeśli coś pójdzie nie tak. Ale tego dowiemy się dopiero w praktyce.
Odwróciła głowę ku górom. Cień smoka dawno już zniknął za grzbietem.
— Nie zamierzam prosić go o przysługę. Byłaby to zresztą pewna herezja. Smoki nie rozumieją próśb. Rozumieją zapach. Dźwięk. Ruch. I przede wszystkim granice własnego terytorium. Ten tam jest młodym samcem. Od dwóch miesięcy nie opuszcza tej doliny. Ma tu wodę, pożywienie i święty spokój. My natomiast jesteśmy tylko przybyszami, których dotąd łaskawie tolerował. Znam go jednak — zaczęła opowiadać. Jej twarz spoważniała. — Trzy lata temu pomagałam przy jego klatce piersiowej. Skrzydło wbiło mu się w żebro, a kość zrosła się źle. Dorosły pewnie by się z tym przemęczył. Ten był młody. I głupi. Rzucał się po jaskini jak wściekły. Musieliśmy otworzyć klatkę i nastawić żebro. Pamięta mój zapach.
Spojrzała na torbę Ceolsige.
— Plan jest prosty. Ty zostajesz tutaj z pojemnikiem. Ja idę do niego z łuskami — wskazała na zbocze. — Rozłożę je na kamieniu i poczekam. Jak podejdzie, to dobrze. Jak nie podejdzie, też dobrze. Nie będziemy go ciągnąć za ogon — uniósłszy palec, dodała: — Jak będzie spokojny, pokazuję mu, czego chcemy. Jak zacznie się denerwować, zabieram tyłek z jego terytorium — drugi palec. — Jak rozłoży skrzydła albo zacznie warczeć, ty robisz dokładnie to samo, tylko szybciej — trzeci. — Kwarc ma złapać temperaturę. Łuski mają przyjąć pierwszy żar, żeby nie dostał od razu po strukturze. Jak temperatura skoczy za mocno, chłodzisz pojemnik. Jak smok się obrazi, to trudno. Nie każdy lubi pracować za darmo. Jak coś pójdzie źle, przynajmniej będziemy wiedziały, że plan był głupi. I dlatego właśnie masz miotłę. Jak coś zacznie się sypać, odlatujesz. Nie czekasz na mnie. Nie wracasz. Bierzesz pojemnik i lecisz.
Spojrzała na torbę.
— Ten cały sprzęt jest droższy ode mnie, więc tym bardziej proszę go nie gubić. No. To jak?
— Pajęczynka — mruknęła. Przechyliła głowę. — Wygląda na to, że krystalizował w obecności jakiegoś karbonatu… może siarczanu. To może być zarówno wada, jak i zaleta, zależnie od tego, co uczyni z nim temperatura. Nieźle.
Nachyliła się jeszcze niżej. Jedno z połączeń przykuło jej uwagę. Jak zacznie wchłaniać ciepło, ten splot czarnopomarańczowy zadziała jak przewodnik, nie jak izolator. Sieć rozgrzeje się nierównomiernie… Wyprostowała się. Skoro kwarc miał nie pozwalać zawartości zbijać się w jedną masę, musiały najpierw sprawdzić, przy jakiej temperaturze te żyłki zaczną mięknąć. Smoczy ogień to nie był kocioł alchemiczny.
— Co do pojemnika, powinien wytrzymać. Smoczy żołądek jest gorętszy niż cokolwiek, co jesteśmy w stanie zrobić tutaj. Pytanie brzmi, czy wytrzyma nasza struktura, jeśli coś pójdzie nie tak. Ale tego dowiemy się dopiero w praktyce.
Odwróciła głowę ku górom. Cień smoka dawno już zniknął za grzbietem.
— Nie zamierzam prosić go o przysługę. Byłaby to zresztą pewna herezja. Smoki nie rozumieją próśb. Rozumieją zapach. Dźwięk. Ruch. I przede wszystkim granice własnego terytorium. Ten tam jest młodym samcem. Od dwóch miesięcy nie opuszcza tej doliny. Ma tu wodę, pożywienie i święty spokój. My natomiast jesteśmy tylko przybyszami, których dotąd łaskawie tolerował. Znam go jednak — zaczęła opowiadać. Jej twarz spoważniała. — Trzy lata temu pomagałam przy jego klatce piersiowej. Skrzydło wbiło mu się w żebro, a kość zrosła się źle. Dorosły pewnie by się z tym przemęczył. Ten był młody. I głupi. Rzucał się po jaskini jak wściekły. Musieliśmy otworzyć klatkę i nastawić żebro. Pamięta mój zapach.
Spojrzała na torbę Ceolsige.
— Plan jest prosty. Ty zostajesz tutaj z pojemnikiem. Ja idę do niego z łuskami — wskazała na zbocze. — Rozłożę je na kamieniu i poczekam. Jak podejdzie, to dobrze. Jak nie podejdzie, też dobrze. Nie będziemy go ciągnąć za ogon — uniósłszy palec, dodała: — Jak będzie spokojny, pokazuję mu, czego chcemy. Jak zacznie się denerwować, zabieram tyłek z jego terytorium — drugi palec. — Jak rozłoży skrzydła albo zacznie warczeć, ty robisz dokładnie to samo, tylko szybciej — trzeci. — Kwarc ma złapać temperaturę. Łuski mają przyjąć pierwszy żar, żeby nie dostał od razu po strukturze. Jak temperatura skoczy za mocno, chłodzisz pojemnik. Jak smok się obrazi, to trudno. Nie każdy lubi pracować za darmo. Jak coś pójdzie źle, przynajmniej będziemy wiedziały, że plan był głupi. I dlatego właśnie masz miotłę. Jak coś zacznie się sypać, odlatujesz. Nie czekasz na mnie. Nie wracasz. Bierzesz pojemnik i lecisz.
Spojrzała na torbę.
— Ten cały sprzęt jest droższy ode mnie, więc tym bardziej proszę go nie gubić. No. To jak?
Sweet, mourning lamb
There's nothing you can do
Bound to suffering eternal through
the sins of their fathers committed
long before their conception
There's nothing you can do
Bound to suffering eternal through
the sins of their fathers committed
long before their conception