Słysząc słowa Peregrinusa, Szeptucha prychnęła jakby zniecierpliwiona jego próbą dyplomatyczności. Coś jej nie pasowało, chociaż ciężko było stwierdzić co dokładnie. Pokiwała zadowolona głową, kiedy Millie wychyliła duszkiem zaoferowany jej napar i wysunęła jedną z szuflad, szukając w niej czegoś.
— Czemu w takim razie tu jesteś? — zapytała wreszcie, ale nawet na chwilę nie obróciła się by zasugerować, do którego z nich właściwie się zwraca. — Nie ważne, nie chcesz pomóc, więc przynajmniej nie przeszkadzaj. Stań sobie koło drzwi.
Odwróciła się wreszcie, w dłoni trzymając okrągły stelaż pokryty siecią nici, które przypominały tworzone przez pająki pajęczyny. Widać było, że miał za sobą swoje najlepsze lata; niektóre łączenia były poprzerywane, przez co w siateczce znajdowały miejscami nieco większe przerwy. Doczepione na dole drewnianej ramki czarne pióra, również nie wydawały się w najlepszym stanie. Któreś było ułamane, innemu brakowało pierza po jednej stronie, ale co chyba liczyło się dla Szeptuchy to to, że łapacz snów wciąż mógł spełniać swoje zadanie.
— Nikt nie wie wszystkiego, nawet jeśli wydaje mu się inaczej. Jeśli tak myśli, to jest głupcem. Ale masz rację, płynie w nas ta sama krew, gdyby nie to, nie bylibyście tu mile widziani — a potem wskazała ci odsłonięty skrawek podłogi z dywanem. — Połóż się. Mówiłaś o snach, więc snami się zajmiemy. Musisz jednak wiedzieć, że to co opisałaś, brzmi jakby twój lekarz zatruł ci umysł swoim specyfikiem. Przyszłość, przeszłość, sny, teraźniejszość… wszystko zmieszało się w jedno. Żadne trzecie oko nie widziałoby tylu rzeczy jednocześnie — poinformowała, wpatrując się w Millie uważnym spojrzeniem ciemnych, niemal czarnych oczu.