30.09.2026, 20:02 ✶
Woody by z chęcią poznał ulubionego dinozaura Dory, ale niestety! Włożył zamiast tego bombardę w mrowisko i znaleźli się oboje czarodzieje w nie lada tarapatach. Prędko stary swojej impulsywności pożałował. Nie pierwszy i nie ostatni raz padł jej ofiarą. Co zatem robić? Ano słuchać własnej rady i wiać.
Chłop nogi miał długie i kondychę pierwszorzędną, to byłby pewno łatwo zostawił Dorę w tyle, ale niedoczekanie. Zwalniał i trzymał się parę kroków za Crawley, kontrolując na bieżąco sytuację pajęczą, gotów dziewczynę w razie potrzeby osłonić. Jak już jej to tłumaczył w poprzednim lesie, do którego ich wywiało: gdyby coś go spróbowało zeżreć, to by się struło i następnego dnia obudziło na kacu.
Pająki nie były — dzięki Merlinowi — aż tak skurwysyńsko szybkie, żeby ich capnęły w trzy susy, ale faktem pozostawało, że je Woody solidnie podkurwił potężnym pierdolnięciem z dwunastocalowej armaty. Na: kurwa, przepraszam było już nieco za późno. Trzeba było kombinować.
— Doro, czy to są pająki ludojady?! — zakrzyknął, jedną ręką przytrzymując kapelusz na łysej czasze, a drugą wojując zaciekle różdżką.
Z tej różdżki leciało, co popadnie. Główka pracowała na najwyższych obrotach, ale nic genialnego wymyślić nie mogła. No to co? Tutaj translokacyjne pchnięcie, tutaj arresto momentum, spróbował Woody nawet petryfikacją miotnąć. Się nie patyczkował. Nie z takim szatańskim paskudztwem, ośmionogim demonem z leśnej głębiny.
Może ściana ognia? przemknęło mu przez głowę, ale gdzie tam, matko przenajświętsza, ledwo z traumy ognia wyszedł. Tu wokół las, to się zajmie aż miło. Las, pierdolony las. Dlaczego wszystko, co złe, musi mieszkać w lesie? Ostatni, kurwa raz, Clemensa Woodrowa Longbottoma spotkano w jakimś lesie.
— Mi się wydaje czy one zostają w tyle? — Stary co i rusz się oglądał przez ramię, a za każdym tym zerknięciem mu się wydawało, że pająków jakoś mniej.
Chłop nogi miał długie i kondychę pierwszorzędną, to byłby pewno łatwo zostawił Dorę w tyle, ale niedoczekanie. Zwalniał i trzymał się parę kroków za Crawley, kontrolując na bieżąco sytuację pajęczą, gotów dziewczynę w razie potrzeby osłonić. Jak już jej to tłumaczył w poprzednim lesie, do którego ich wywiało: gdyby coś go spróbowało zeżreć, to by się struło i następnego dnia obudziło na kacu.
Pająki nie były — dzięki Merlinowi — aż tak skurwysyńsko szybkie, żeby ich capnęły w trzy susy, ale faktem pozostawało, że je Woody solidnie podkurwił potężnym pierdolnięciem z dwunastocalowej armaty. Na: kurwa, przepraszam było już nieco za późno. Trzeba było kombinować.
— Doro, czy to są pająki ludojady?! — zakrzyknął, jedną ręką przytrzymując kapelusz na łysej czasze, a drugą wojując zaciekle różdżką.
Z tej różdżki leciało, co popadnie. Główka pracowała na najwyższych obrotach, ale nic genialnego wymyślić nie mogła. No to co? Tutaj translokacyjne pchnięcie, tutaj arresto momentum, spróbował Woody nawet petryfikacją miotnąć. Się nie patyczkował. Nie z takim szatańskim paskudztwem, ośmionogim demonem z leśnej głębiny.
Może ściana ognia? przemknęło mu przez głowę, ale gdzie tam, matko przenajświętsza, ledwo z traumy ognia wyszedł. Tu wokół las, to się zajmie aż miło. Las, pierdolony las. Dlaczego wszystko, co złe, musi mieszkać w lesie? Ostatni, kurwa raz, Clemensa Woodrowa Longbottoma spotkano w jakimś lesie.
— Mi się wydaje czy one zostają w tyle? — Stary co i rusz się oglądał przez ramię, a za każdym tym zerknięciem mu się wydawało, że pająków jakoś mniej.
piw0 to moje paliwo