30.09.2026, 11:04 ✶
Kwiecista mowa Selwyna nie była w stanie przesłonić okropnego, obrzydliwego faktu, że kokardki nie były symetryczne. Oj pójdzie skarga do cechu magiinżynierów! Mógł puścić w niepamięć myśl, że wstążki w ogóle nie powinny pojawić się na jego ciele, że przeklęte pudło postanowiło potraktować go jak pospolitą paczkę, ale to, że wiązania nie były symetryczne?! Skandal!
Sytuacja nie była w żaden sposób stabilna, choć sam zainteresowany siłą rzeczy zmuszony do biernego przyjmowania tego co ofiarował mu los, a w tym konkretnym czasie - co miał mu do ofiarowania Jonathan. Szala wahała się to ku absolutnej rozpaczy, w drodze prostej do wierzgającej irytacji człowieka na stanowisku pozostawionego tak podłej sytuacji odmawiającej mu ruchu i woli, to ku orientalnemu posmakowi przyjemności płynącej z faktu, że absolutnie nic od niego nie zależało. Nic. Był przez moment pozbawiony wpływu na cokolwiek i było w tym coś absolutnie perwersyjnie przyjemnego.
Brak symetryczności wiązań, chyliła doświadczenie ku określeniu go jako nieprzyjemne, słowa nie mogły tego zmienić.
Co jednak mogło i drastycznie zmieniło tę dysproporcję, to ponownie Jonathan, najaktywniejsza bo jedyna z mocą podejmowania decyzji strona tej wewnętrznej walki. Jak Selwyn mógł pomyśleć, że to co zrobił, to jaką pozę przybrał do uwalniania spętanego przyjaciela mogło pomóc, Anthony nie wiedział. Poruszył się pod nim niespokojnie i to zdecydowanie nie polepszyło jego sytuacji, podobnie jak palce ześlizgujące się po skórze szyi w poszukiwaniu kolejnej cienkiej wstążeczki. Ile ich mogło jeszcze być? Sto? Dwieście? Tysiąc…?
– Jonathanie mamy na dziś przewidziane jeszcze dużo pracy a… – boleśnie przełknął ślinę przymykając oczy, zdając sobie sprawę, że ma szalenie kiepską pozycję do negocjacji. – …a już przez poranek nasz harmonogram doświadczył bolesnych opóźnień. Rozumiem… rozumiem ile radości może Ci sprawiać… – stracił wątek. Każda próba empatyzowania z partnerem tylko bardziej go pogrążała w tym… wszystkim. Oblizał więc spierzchnięte wargi, z desperacją szukając argumentów, aby przynaglić towarzysza do zwrócenia mu wolności. Wszystkie jednak wydawały mu się zamglone i zbyt odległe, by mogły paść. Mieli być już w Dolinie zaraz po obiedzie, tymczasem, tymczasem… Godzina przestawała mieć tak bardzo znaczenie, jak bardzo nie miała znaczenia twardość podłogi i jej temperatura. – Właściwie nie rozumiem, czemu jeszcze mnie nie pocałowałeś – przyznał nieoczekiwanie, chwytając się jak brzytwy refleksji, że nie całowali się całą wieczność. To znaczy… godzinę.
Sytuacja nie była w żaden sposób stabilna, choć sam zainteresowany siłą rzeczy zmuszony do biernego przyjmowania tego co ofiarował mu los, a w tym konkretnym czasie - co miał mu do ofiarowania Jonathan. Szala wahała się to ku absolutnej rozpaczy, w drodze prostej do wierzgającej irytacji człowieka na stanowisku pozostawionego tak podłej sytuacji odmawiającej mu ruchu i woli, to ku orientalnemu posmakowi przyjemności płynącej z faktu, że absolutnie nic od niego nie zależało. Nic. Był przez moment pozbawiony wpływu na cokolwiek i było w tym coś absolutnie perwersyjnie przyjemnego.
Brak symetryczności wiązań, chyliła doświadczenie ku określeniu go jako nieprzyjemne, słowa nie mogły tego zmienić.
Co jednak mogło i drastycznie zmieniło tę dysproporcję, to ponownie Jonathan, najaktywniejsza bo jedyna z mocą podejmowania decyzji strona tej wewnętrznej walki. Jak Selwyn mógł pomyśleć, że to co zrobił, to jaką pozę przybrał do uwalniania spętanego przyjaciela mogło pomóc, Anthony nie wiedział. Poruszył się pod nim niespokojnie i to zdecydowanie nie polepszyło jego sytuacji, podobnie jak palce ześlizgujące się po skórze szyi w poszukiwaniu kolejnej cienkiej wstążeczki. Ile ich mogło jeszcze być? Sto? Dwieście? Tysiąc…?
– Jonathanie mamy na dziś przewidziane jeszcze dużo pracy a… – boleśnie przełknął ślinę przymykając oczy, zdając sobie sprawę, że ma szalenie kiepską pozycję do negocjacji. – …a już przez poranek nasz harmonogram doświadczył bolesnych opóźnień. Rozumiem… rozumiem ile radości może Ci sprawiać… – stracił wątek. Każda próba empatyzowania z partnerem tylko bardziej go pogrążała w tym… wszystkim. Oblizał więc spierzchnięte wargi, z desperacją szukając argumentów, aby przynaglić towarzysza do zwrócenia mu wolności. Wszystkie jednak wydawały mu się zamglone i zbyt odległe, by mogły paść. Mieli być już w Dolinie zaraz po obiedzie, tymczasem, tymczasem… Godzina przestawała mieć tak bardzo znaczenie, jak bardzo nie miała znaczenia twardość podłogi i jej temperatura. – Właściwie nie rozumiem, czemu jeszcze mnie nie pocałowałeś – przyznał nieoczekiwanie, chwytając się jak brzytwy refleksji, że nie całowali się całą wieczność. To znaczy… godzinę.