– Helloise Rowle – odparła po prostu i uśmiechnęła się lekko. Helka może i wyglądała na wariatkę z Doliny, ale Guinevere wiedziała lepiej. W tym szaleństwie po pierwsze była metoda, a po drugie panna Rowle mówiła całkowicie z sensem, gdy się ją faktycznie słuchało. To znaczy oprócz tych momentów, gdy snuła swoje teorie spiskowe. – Z tego, co wiem, to się tam wychowała. Jest wolontariuszką w Ostoi dla zwierząt moich dziadków i robi dla zwierzaków leki – doprecyzowała. No i dla nich też zrobiła świece i kadzidła, gdy dowiedziała się, że nie są w stanie spać w domu po Spalonej Nocy, choć nikt nawet nie prosił. A wyjaśnienie padło dlatego, że wiedziała, że Helloise mieszka w Dolinie Godryka, istniała więc szansa, że znała się z Brenną, a poza tym chciała się wytłumaczyć, skąd sama zna pannę Rowle, biorąc pod uwagę, jak krótko była w Wielkiej Brytanii.
– Trzymam cię więc za słowo – spojrzała na Brennę z jakimś takim błyskiem w oku – trudno było powiedzieć, czy jej uwierzyła czy nie, biorąc pod uwagę, że jeszcze chwilę temu usłyszała, że nie bardzo miała czas na podróże… Czy więc był to wyjazd służbowy, czy wypoczynkowy…? Ale Guinevere nie zapytała. Za to zaraz skrzywiła się lekko, stwierdziwszy już, że pora spróbować tej kawy. – Och, mogliby popracować nad kawą – mruknęła, ale i tak zamierzała ją dopić. Natomiast niczego innego się nie spodziewała, pod tym, względem McGonagall miała bardzo konkretne wymagania, których raczej w Anglii rzadko spełniano.
– Na przykład… Tydzień lata w środku zimy lub na odwrót na jakimś konkretnym, niedużym obszarze – wymieniła. – Albo drzewa rosnące do góry nogami. Wystarczająco dziwne?* – uśmiechnęła się lekko. – Problem z tymi zjawiskami jest taki, że są wzmiankowane jako coś, nad czym nikt się nie zastanawiał, jakby to było zupełnie normalne, że nagle masz w zimie tydzień gorącego lata. Nie ma na ten temat żadnych większych badań naukowych, więc nie jestem w stanie ci powiedzieć, ani skąd się to bierze, ani jak często to występuje, ani czy da się jakoś oszacować, gdzie następnym razem będzie miało miejsce. Kiedyś też zupełnie inaczej spisywano dzieje, malowidła czy rzeźby przedstawiają tylko ułamek historii, ale wiele spraw jest zupełnie zatartych, bo były opowiadane ustnie, za pomocą pieśni czy opowieści, a nie na piśmie.
– Moim zdaniem artefakt raczej miał dobry efekt. I teraz albo został uszkodzony, albo został zabrany i po prostu przestał robić to, po co tam był. Bo gdyby robił coś złego, to po jego uszkodzeniu, albo zabraniu… no przestałoby to mieć miejsce. Oczywiście zakładając, że legenda o ciemności i strachu jest prawdziwa – dodała. A gdy Brenna zadała swoje kolejne pytania, Ginny zastanawiała się przez chwilę. – Ten artefakt musiał być większy niż taki mały amulecik – postukała palcem po stole, tuż obok położonego na nim skarabeusza. – To najczęściej są jakieś figury, rzeźby, instrumenty, być może jakieś zabytkowe narzędzie… Rzadziej relikwie, ale się zdarzają. Najpewniej zostawiony w jakiejś wnęce, gdzieś w centralnej części, tak, by zasięg jego działania był jak największy. A wnęka po to, by sobie tam stał i nie był niczemu na drodze, ani nie przeszkadzał przy pracy. Mógł być też zamknięty w jakieś skrzyni, czymś przysypany, żeby się nie rzucał w oczy – McGonagall wymieniała teraz wszystko, co przychodziło jej do głowy. – Albo może jakaś kapliczka? Wydaje mi się, że w kopalniach to nie jest nic nadzwyczajnego, a taki mały ołtarzyk to dobre miejsce, żeby położyć jakiś „święty obiekt” – zrobiła cudzysłowie w powietrzu. – Mógłby pomóc. Tak jak każdy inny amulecik z pieczęcią odganiającą strach. Nie znam się niestety na runicznym alfabecie, ale z tego, co kojarzę, to istnieje taka dodająca odwagi. No albo… kilka łyków ognistej whisky dla kurażu – Ginewra puściła do Brenny oko.
* na podstawie https://secretsoflondon.pl/showthread.ph...6#pid21956