28.09.2026, 14:34 ✶
Niewątpliwie Hannibal lubił podbijać stawkę, jakby już na ten moment rozmowa między nimi nie miała pewnych trudności w kontekstach, które pojawiały się jeden po drugim, rozkwitały niczym krokusy na wiosnę.
Wspomnienie imienia Jonathana przy wampirze mogło skończyć się na wiele sposobów i niewątpliwie Hannibal miał szansę zobaczyć mimowolny, niekontrolowany grymas, który przebiegł przez twarz wampira, nim ten odwrócił się, odsunął po to, by powrócić na swój fotel odpowiednio zdystansowanego obserwatora. Montbel nie chciał bynajmniej karać młokosa za jego brawurę, nie oczekiwał też po słodkim selwynowskim pączku odpowiedniego wyczucia i zrozumienia emocji, które rozszarpywały jego duszę przez ostatnie lata.
Sam z siebie drwił. Sam z niedowierzaniem i pogardą spoglądał na namiastkę wampira, którym był, odartym z godności po raz kolejny przez anglika również po raz kolejny.
Gdy już opadł na fotel, wydłużając w nieskończoność chwile ciszy między nimi zapadłej, westchnął przeciągle, spoglądając na nijaki sufit podziemnej garderoby.
Być może był winien Hannibalowi wyjaśnienia. Być może w końcu odkrył, że mówienie o tym sprawiało, że za każdym razem było mu odrobinkę łatwiej stawiać kolejne kroki w wieczności.
– Nie takim. Innym przyjacielem. Powiedziałbym nawet, że zdecydowanie innym, zważywszy na opinie jakie Twój kuzyn ma na temat wampiryzmu i tego, że moja gospodyni wampirem jest i to od dawna, całkiem pogodzonym z brakiem słońca w swoim życiu. – Zważył kolejne słowa w ustach, pozwalając kilkukrotnie paznokciom obić się o podłokietniki, unikając przy tym spojrzenia Hannibala, być może po to by się zbytnio nie rozpraszać. Nie dało się ukryć, że obie "przyjaźnie" były dość świeże, ale ich podłoże było zgoła odmienne. Z drugiej strony obie te relacje, były jakąś próbą, wymuszeniem na sobie normalności. – Nie musimy o tym rozmawiać? – złapał się tego może zbyt szybko, aby nie było znać w tym desperacji. Cóż, sam nie był zbytnim ekspertem w poczuciu godności własnej. – Jeśli miałbym określić czego potrzebuję, to odpowiedzi na pytanie, jak często spędzasz czas nad Waszym podziemnym jeziorem. Często chodzisz tam odpoczywać po spektaklu? Szczerze mówiąc, liczyłem na przechadzkę, czy może przejażdżkę gondolą czy łózką, nie wiem doprawdy co tam macie… – skłamał, bo wiedział o tym doskonale za sprawą własnej teatru inwigilacji sprzed dwóch miesięcy, ale przecież nie on był gospodarzem tego wieczoru. – Chciałem też się zapytać, czy wybierasz się na bal do Lestrangów? Próbuję się zdecydować na kostium i wciąż brak mi… czegoś co przechyli szalę. Opinia eksperta, wydaje się natomiast mieć odpowiednią wagę – zaproponował temat rozmowy, leniwie pokazując na kostiumy i stroje wypełniające przestrzenie garderoby. Czuł się przy tym jak ryba, złapana już na wędkę, nawet chcąca pozwierzać się bardziej ale nie dająca swojej skóry zbyt łatwo. W każdej chwili żyłka mogła się zerwać, nawet jeśli pozornie ich ruch, ich pozycje, ich przebywanie w pomieszczeniu po spektaklu było nader statyczne. Obie wersje, obie drogi zdawały mu się równie miłe. Miał w końcu całą noc zarezerwowaną dla lśniącej młodością gwiazdeczki.
Wspomnienie imienia Jonathana przy wampirze mogło skończyć się na wiele sposobów i niewątpliwie Hannibal miał szansę zobaczyć mimowolny, niekontrolowany grymas, który przebiegł przez twarz wampira, nim ten odwrócił się, odsunął po to, by powrócić na swój fotel odpowiednio zdystansowanego obserwatora. Montbel nie chciał bynajmniej karać młokosa za jego brawurę, nie oczekiwał też po słodkim selwynowskim pączku odpowiedniego wyczucia i zrozumienia emocji, które rozszarpywały jego duszę przez ostatnie lata.
Sam z siebie drwił. Sam z niedowierzaniem i pogardą spoglądał na namiastkę wampira, którym był, odartym z godności po raz kolejny przez anglika również po raz kolejny.
Gdy już opadł na fotel, wydłużając w nieskończoność chwile ciszy między nimi zapadłej, westchnął przeciągle, spoglądając na nijaki sufit podziemnej garderoby.
Być może był winien Hannibalowi wyjaśnienia. Być może w końcu odkrył, że mówienie o tym sprawiało, że za każdym razem było mu odrobinkę łatwiej stawiać kolejne kroki w wieczności.
– Nie takim. Innym przyjacielem. Powiedziałbym nawet, że zdecydowanie innym, zważywszy na opinie jakie Twój kuzyn ma na temat wampiryzmu i tego, że moja gospodyni wampirem jest i to od dawna, całkiem pogodzonym z brakiem słońca w swoim życiu. – Zważył kolejne słowa w ustach, pozwalając kilkukrotnie paznokciom obić się o podłokietniki, unikając przy tym spojrzenia Hannibala, być może po to by się zbytnio nie rozpraszać. Nie dało się ukryć, że obie "przyjaźnie" były dość świeże, ale ich podłoże było zgoła odmienne. Z drugiej strony obie te relacje, były jakąś próbą, wymuszeniem na sobie normalności. – Nie musimy o tym rozmawiać? – złapał się tego może zbyt szybko, aby nie było znać w tym desperacji. Cóż, sam nie był zbytnim ekspertem w poczuciu godności własnej. – Jeśli miałbym określić czego potrzebuję, to odpowiedzi na pytanie, jak często spędzasz czas nad Waszym podziemnym jeziorem. Często chodzisz tam odpoczywać po spektaklu? Szczerze mówiąc, liczyłem na przechadzkę, czy może przejażdżkę gondolą czy łózką, nie wiem doprawdy co tam macie… – skłamał, bo wiedział o tym doskonale za sprawą własnej teatru inwigilacji sprzed dwóch miesięcy, ale przecież nie on był gospodarzem tego wieczoru. – Chciałem też się zapytać, czy wybierasz się na bal do Lestrangów? Próbuję się zdecydować na kostium i wciąż brak mi… czegoś co przechyli szalę. Opinia eksperta, wydaje się natomiast mieć odpowiednią wagę – zaproponował temat rozmowy, leniwie pokazując na kostiumy i stroje wypełniające przestrzenie garderoby. Czuł się przy tym jak ryba, złapana już na wędkę, nawet chcąca pozwierzać się bardziej ale nie dająca swojej skóry zbyt łatwo. W każdej chwili żyłka mogła się zerwać, nawet jeśli pozornie ich ruch, ich pozycje, ich przebywanie w pomieszczeniu po spektaklu było nader statyczne. Obie wersje, obie drogi zdawały mu się równie miłe. Miał w końcu całą noc zarezerwowaną dla lśniącej młodością gwiazdeczki.