26.09.2026, 11:38 ✶
Sabrinie aż zaświeciły się oczy, gdy zwróciła uwagę na sowę Alice. Faktycznie Vincent wyglądał na leciwego, ale wciąż był piękny. Taki… dostojny! Jakby. Pomachała w jego stronę.
– Cześć Vinnie! – odparła, niemalże automatycznie skracając imię sowy, mając nadzieję, że ani Alice, ani tym bardziej Vincent się na nią nie obrażą. Miała przecież dobre intencje, a sowy uwielbiała. Każde zwierzę od razu kradło jej serce, jednak w sowach było coś niezwykłego, coś… Właśnie takiego dostojnego.
Słysząc pytanie o bale, pokręciła głową. To wszystko tylko w teorii było przyjemne i miłe. Sabrina zwykle na tych spotkaniach strasznie się nudziła. Rodzice szli do głównego miejsca spotkania, a dzieci, jeśli przychodziły, zostawały w osobnym pokoju, gdzie miały siedzieć grzecznie i nie rozrabiać. Może gdyby mogła chociaż potańczyć, a nie słuchać ciągle jak dzieci mówią jacy to ich rodzice bogaci, jak to ich przodkowie pochodzą od tego czy owego czarodzieja znanego całemu ich światu. Ona chyba jedynie mogła pochwalić się wujkiem Horacym, ale nie chciała, bo przecież nie było chyba nic ciekawego w wujku, który jest nauczycielem. Zwykle sztywno siedziała wtedy na krześle i machała z nudy nogami, słuchając co inni mają do powiedzenia. I zawsze wtedy zapamiętywała i wyrabiała sobie opinie, najczęściej jednak były one niezbyt pochlebne.
– Może dla dorosłych jest to miłe i takie jak mówisz, ale ja tego nie lubię. Wolałabym zostawać w domu i czytać książkę o magicznych roślinach – odpowiedziała zgodnie z prawdą. Na ostatnie święta w które tata jeszcze żył, podarował jej album z ręcznie malowanymi akwarelami roślinami. Kupił go od jakiegoś swojego znajomego, naukowca-magibotanika, którego imienia kompletnie nie pamiętała.
Rozchmurzyła się na nowo słysząc o kwiatach w ogrodzie rodziny Alice. Patrzyła prosto na koleżankę z prawdziwym zafascynowaniem.
– Ale świetnie! My mamy tylko zioła. Też są piękne i fascynujące, ale raczej nie nadawałyby się na wzór kozaków. – Chociaż z drugiej strony… Urok zielsk mógł zostać oddany na wzorze i Sabrina chętnie by nosiła jakikolwiek element ubioru, który byłby właśnie taki.
– Cześć Vinnie! – odparła, niemalże automatycznie skracając imię sowy, mając nadzieję, że ani Alice, ani tym bardziej Vincent się na nią nie obrażą. Miała przecież dobre intencje, a sowy uwielbiała. Każde zwierzę od razu kradło jej serce, jednak w sowach było coś niezwykłego, coś… Właśnie takiego dostojnego.
Słysząc pytanie o bale, pokręciła głową. To wszystko tylko w teorii było przyjemne i miłe. Sabrina zwykle na tych spotkaniach strasznie się nudziła. Rodzice szli do głównego miejsca spotkania, a dzieci, jeśli przychodziły, zostawały w osobnym pokoju, gdzie miały siedzieć grzecznie i nie rozrabiać. Może gdyby mogła chociaż potańczyć, a nie słuchać ciągle jak dzieci mówią jacy to ich rodzice bogaci, jak to ich przodkowie pochodzą od tego czy owego czarodzieja znanego całemu ich światu. Ona chyba jedynie mogła pochwalić się wujkiem Horacym, ale nie chciała, bo przecież nie było chyba nic ciekawego w wujku, który jest nauczycielem. Zwykle sztywno siedziała wtedy na krześle i machała z nudy nogami, słuchając co inni mają do powiedzenia. I zawsze wtedy zapamiętywała i wyrabiała sobie opinie, najczęściej jednak były one niezbyt pochlebne.
– Może dla dorosłych jest to miłe i takie jak mówisz, ale ja tego nie lubię. Wolałabym zostawać w domu i czytać książkę o magicznych roślinach – odpowiedziała zgodnie z prawdą. Na ostatnie święta w które tata jeszcze żył, podarował jej album z ręcznie malowanymi akwarelami roślinami. Kupił go od jakiegoś swojego znajomego, naukowca-magibotanika, którego imienia kompletnie nie pamiętała.
Rozchmurzyła się na nowo słysząc o kwiatach w ogrodzie rodziny Alice. Patrzyła prosto na koleżankę z prawdziwym zafascynowaniem.
– Ale świetnie! My mamy tylko zioła. Też są piękne i fascynujące, ale raczej nie nadawałyby się na wzór kozaków. – Chociaż z drugiej strony… Urok zielsk mógł zostać oddany na wzorze i Sabrina chętnie by nosiła jakikolwiek element ubioru, który byłby właśnie taki.