24.09.2026, 22:36 ✶
Zranienie stwora było dla Helloise doświadczeniem niekoniecznie estetycznym, nie mogłaby rozkoszować się nim w pędzie i ferworze walki. Wiązało się to jednak z czymś uwalniającym, co z rzadka ostatnimi czasy odczuwała. Włożyła w ten gest całą swoją złość, gniew przemknął przez nią jak strzała i uszedł w tej manifestacji agresji. Odczuwała w tym brak czegoś, co wcześniej się w niej kotłowała. Agresja ją oczyszczała.
Nie miała jednakże czasu pochylać się nad tym, co zrobiła ani co się w niej zmieniło. Pozwoliła się pociągnąć wampirzycy w gęstwinę równie nierealną, co wszystkie okoliczności tego zdarzenia.
Helloise miała dość uciekania. Nie chciała więcej uciekać, lecz jakie było wyjście, gdy to pułapka decydowała o tym, kiedy swoją ofiarę wypuści. O ile wypuści.
— Nie wiem — wydyszała z ciężkim oddechem czarownica. — Nie wiem.
Nie wiem było odpowiedzią na wszystkie pytania postawione przez Lucy, lecz po chwili Helloise zdobyła się na sięgnięcie pamięcią odpowiednio wstecz.
— Cały dzień… cały dzień ktoś za mną chodził. — Głos czarownicy rwał się, lecz nie z paniki, nie z niepewności, a z fizycznego wysiłku, który wystawiał na próbę jej wątłych sił ciało. — Nie wiem, kto to. To sen. To sen. Chwilę wcześniej… próbował mnie zabić… był wtedy ze mną przyjaciel. To też był sen. Jak się obudzić? — Ostatnie pytanie rzuciła w milczącą przestrzeń.
Czarownica zaczęła rozglądać się w biegu, poszukując… czegoś. Jakiegoś punktu zaczepienia, który pomoże się im wyrwać z monotonnej scenerii koszmarnego lasu. Podejrzewała, że to jakaś klątwa lub zła siła, lecz jakżeby miała z nią walczyć, nie mając różdżki, nie mając czasu na zastanowienie. Czas był tylko na to, aby biec — wciąż czuła na karku obecność demona, którego porcelana bynajmniej nie powstrzymała na dobre.
Nie miała jednakże czasu pochylać się nad tym, co zrobiła ani co się w niej zmieniło. Pozwoliła się pociągnąć wampirzycy w gęstwinę równie nierealną, co wszystkie okoliczności tego zdarzenia.
Helloise miała dość uciekania. Nie chciała więcej uciekać, lecz jakie było wyjście, gdy to pułapka decydowała o tym, kiedy swoją ofiarę wypuści. O ile wypuści.
— Nie wiem — wydyszała z ciężkim oddechem czarownica. — Nie wiem.
Nie wiem było odpowiedzią na wszystkie pytania postawione przez Lucy, lecz po chwili Helloise zdobyła się na sięgnięcie pamięcią odpowiednio wstecz.
— Cały dzień… cały dzień ktoś za mną chodził. — Głos czarownicy rwał się, lecz nie z paniki, nie z niepewności, a z fizycznego wysiłku, który wystawiał na próbę jej wątłych sił ciało. — Nie wiem, kto to. To sen. To sen. Chwilę wcześniej… próbował mnie zabić… był wtedy ze mną przyjaciel. To też był sen. Jak się obudzić? — Ostatnie pytanie rzuciła w milczącą przestrzeń.
Czarownica zaczęła rozglądać się w biegu, poszukując… czegoś. Jakiegoś punktu zaczepienia, który pomoże się im wyrwać z monotonnej scenerii koszmarnego lasu. Podejrzewała, że to jakaś klątwa lub zła siła, lecz jakżeby miała z nią walczyć, nie mając różdżki, nie mając czasu na zastanowienie. Czas był tylko na to, aby biec — wciąż czuła na karku obecność demona, którego porcelana bynajmniej nie powstrzymała na dobre.
dotknij trawy