– Szkoda, to całkiem ładne miejsce. Bardziej surowe, tak bym to określiła – odparła i uśmiechnęła się lekko do Brenny. Bardziej górzyste, bardziej obsypane polami, bardziej dzikie i zdecydowanie mniej zaludnione od Anglii. – Zadziwiające, że na tak dość niedużym obszarze mamy cztery kraje, które teoretycznie mają ze sobą mnóstwo wspólnego, przeplatają się ze sobą, a jednocześnie są tak diametralnie od siebie różne – przyznała. Jej rodzina związana była ze Szkocją i jeśli jakiś kraj miała zwiedzać jako dziecko, to właśnie tam, chociaż dziadkowie ostatecznie lata temu osiedli w Anglii. Ale pradziadek często o Szkocji wspominał… Guinevere spróbowała się jednak lekko uśmiechnąć.
– Och bardzo dużo i chodzi o Little Hangleton. Według wielu podań, to właśnie tam stworzono pierwszego wampira. A potwór Frankenstein, stworzony przez doktora Frankensteina, który był mugolakiem żyjącym w Little Hangleton, podobno nadal tam żyje w jednym z domów, tylko rzadko wychodzi… o Little Hangleton jest mnóstwo czarodziejskich legend, o Gresy Hangleton niespecjalnie – wyjaśniła pokrótce i oparła się wygodnie i krzesło, akurat idealnie w momencie, gdy przyszła jej kawa i grzanka. W pierwszej kolejności sięgnęła po filiżankę i chociaż swoje standardy kawowe miała niebotycznie wysokie, to jedną z zalet było to, że nieważne jak smakowała – pachniała zawsze fantastycznie.
Brenna dobrze zakładała: Ginewra nie znała się zupełnie na żadnych problemach energetycznych mugoli, tym bardziej w Anglii, w której była od niedawna. Wysłuchała jej krótkiej opowieści w ciszy i spojrzała też na te notatki, które wyciągnęła. Zrozumiała z tego, że to miało trochę większe znaczenie, że skoro rozmawiały tutaj o czarodziejskiej legendzie i mugolskiej kopalni i mugolskim problemie, to ten problem, całkiem możliwe że nie jest w całości mugolski. Takie coś widziała akurat aż nazbyt często w swojej pracy: mugole się na coś natykali, na jakąś dziwna zagadkę, a to okazywała się być magia i trzeba było ich przed tym chronić, niczym małe dzieci. O tak, artefakty bardzo często miały z tym coś wspólnego…
– Jeśli pytasz mnie o to, czy pewne artefakty mogą rozpraszać ciemność, to owszem, mogą, ale wydaje mi się, że mugole mają na to swoje sposoby i nie potrzebują do tego magii – odparła i wzięła w końcu pierwszego łyka kawy. Zaraz odsunęła też od siebie te notatki, by ich przypadkiem nie poplamić. – Więc ten artefakt z legend najpewniej robił coś zupełnie innego. Ochrona przed ciemnością… – mruknęła, głaszcząc uszko filiżanki z zastanowieniem. – Jeżeli pytasz o to, co się stało, dlaczego w okolicy mogą być problemy i czy to ma coś wspólnego z tym legendarnym artefaktem… to tak. Najprawdopodobniej. Mógł zostać w jakiś sposób uruchomiony, albo przeciwnie – przypadkowo zepsuty przez niczego nieświadomych mugoli. Widziałam to trochę zbyt często, prawdę mówiąc… – sięgnęła w końcu po swojego walijskiego tosta. W gruncie rzeczy nie wiedziała jednak, jakie Brenna ma wątpliwości i pytania.