– Ja je widziałam tuż po tym jak te pierwsze osoby zostały zaatakowane i się tak gwałtownie postarzyły… kręciliśmy się wtedy z Brenną i Patrickiem przy domu tej biednej kobiety, to było już w Kniei… i był z nami Laurent. A jak on zobaczył te widma to oczywiście próbował je potraktować jak niewinne zwierzątka – Victoria westchnęła ciężko. – Chyba próbował do nich mówić, ale oczywiście bez skutku. Jestem prawie pewna, że wtedy tego nie potrafiły, tylko się rzucały na ludzi – wychodziło z tego, że musiały ewoluować. Rozwijać się. Minęło kilka miesięcy i nagle były w stanie mówić do ludzi czy coś w ten deseń? Źle to wróżyło ogólnie, bo czy to znaczyło, że jeśli minie jeszcze trochę czasu, to będzie jeszcze gorzej? Czy był w ogóle sposób na to by je unicestwić? Patronus działał odstraszająco, a nie… nie zabijał ich przecież.
– To jak ty je teraz opisujesz, albo ta ghoulka, świadczy o tym że się trochę zmieniły… – mruknęła pod nosem. Na pewno nie kojarzyła żadnej szaty. – Laurent chyba chciał im dać swój płaszcz, żadnej szaty więc raczej nie miały…? – no mogły ukraść komuś kogo zabiły, to się wydawało raczej tutaj oczywiste, ale sama chęć ubrania się… nie umiała tego wytłumaczyć. – Ani, ghoulka. Obudziła się nagle, bo wyglądała jak ta reszta… mówiła że wlazła do Kniei z ciekawości. Powiedziałabym, że to to powiedzenie, że ciekawość zabiła kota. Możesz sobie oczywiście poczytać mój raport – Victoria cmoknęła z niezadowoleniem na całą tę sprawę i sytuację.
– Nie mam pojęcia. Jako dziecko łaziłam po tej kniei, z Brenną oczywiscie – oczywiście, że Brenna ciągała ją w różne miejsca a Victoria nie miała nic przeciwko, mała dama czy nie! – Ale nie kojarzę żadnego kręgu kamieni na polanie, to znaczy innego niż Polana Ognisk – ale nie twierdziła, że zna całą knieję jak własną kieszeń, bo z pewnością tak nie było. – No niebardzo. Jakoś nikt mi się nie zwierzał z takich umiejętności, w końcu jestem suką w mundurze – również ściszyła głos. Czy to nie zahaczało o nekromancję? Czy to nie była manipulacja jakoś… duchem, energią? Nic dziwnego, że się ludzie nie chwalili. Ale nie, faktycznie nie znała nikogo, kto by to umiał. – Zostaje polatanie miotłą nad knieją i wypatrywanie tej polany z kamieniami – mruknęła, ponownie kątem oka zerkając na zegarek. Miała jeszcze tylko chwilę, nim powinna kończyć pracę i wracać do domu, żeby się jakoś sensownie przygotować.