– Jak spojrzałam w ogień… To widziałam ją żywą, tuż przed tym, jak zaatakowali ją śmierciożercy. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale pamiętam to bardzo wyraźnie, jak czułam… przymus, że muszę jej pomóc. Chciałam na oślep wejść w ogień. I nie wiem, skąd to wiedziałam, że to to jest przejście, ale właśnie wtedy to sobie uświadomiłam. Dlatego tam weszliśmy – już nawet nie pamiętała czy mu to wcześniej mówiła, niektóre rzeczy jej się zacierały ale to – to wrażenie, tę powinność pamiętała doskonale. A później ta kobieta, rozpłatana, rozkładająca się na ich oczach… Wciąż do nich przemawiająca. Victoria uważała, że to był… cykl. Jego uosobienie, które pojawiło im się w formie, która byli w stanie pojąć. Bogini, bóstwo, zwał jak zwał. Czy to była Pani Księżyca, Matka, Dziewica, czy wszystkie one na raz w jednej postaci – nie miało to chyba większego znaczenia?
– One nie były łatwe do zauważenia. Kłębiły się… w grupach, ledwo widoczne, trochę jak duchy, ale też nie do końca. Nawet nie wiem, jak to dobrze opisać – mruknęła, przypominając sobie to spotkanie miesiące temu, gdy Laurent tak bezmyślnie do nich wyszedł sobie „porozmawiać”, czy cokolwiek on tam robił…
Wysłuchała opowieści Atreusa w ciszy, konfrontując jego doświadczenia z tym, co sama usłyszała od ghoulki w Necronomiconie.
– Mi się wydaje, że one się porozumiewają. Jak ludzie. Tak mówiła ghoulka, która wyszła z tego… nieżywo – nie wiedziała, jak to lepiej ubrać w słowa prawdę mówiąc i aż zmarszczyła brwi. – Że brzmią jak ludzie i potrafią być bardzo przekonujący – doprecyzowała. Koty. Czy te gnidy żywiły się… kotami? I ludźmi? Bo dla Victorii było jasne, że one się pożywiały. Wcześniej myślała, że może czasem, witalnością, teraz uważała już, że energią… W jakiś dziwny sposób, który był w stanie postarzyć człowieka. – Pomijając oczywiście dojmujące uczucie strachu, smutku i beznadziei, jakie się przy nich czuje – stąd właściwie pomysł na użycie przy nich Patronusa, który był pozytywną energią… – Wiesz co mi jeszcze powiedziała ta ghoulka? Że na wschód od Polany Ognisk jest jakaś polana z kamiennym kręgiem, którego te widma nie są w stanie przekroczyć. To dopiero dziwne. Ale skoro ona widziała ich oczy i ty też ich widziałeś, to znaczy, że w jakiś sposób przybrały bardziej materialną formę. Nie wiem… nażarły się wystarczająco, żeby przestać być niebezpiecznym duszkiem i teraz są kurewsko niebezpiecznym nie-duszkiem? – zasępiła się trochę i nawet przystanęła, opierając się o ścianę. Jakoś jej nie było spieszono do biurka. – Czyli… Jakaś forma dziwnego przekonywania, naśladowanie ludzkiej mowy, może zauroczenie? Forma jak najbardziej materialna, czołganie się, wysysanie ludzi na wiór, aura smutku i beznadziei, kamienie, które nie pozwalają im przejść… – wyliczała, wystawiając przy tym palce.