21.09.2026, 09:27 ✶
Kochała wodę, kochała morskie fale, kochała to uczucie, gdy za sprawą skrzeloziela, mogła utonąć w bezkresie oceanu.
Kochała.
A jednak teraz brakło jej powietrza, brakło jej tchu, jakby pozostawianie na powierzchni miało ją udusić. Nie zauważyła Ceolsige, nie usłyszała jej słów z oczyma szeroko rozwartymi, utkwionymi w topielicy, która wstała. Jeszcze przez moment, przez krótką chwilę los drwił z niej mirażem, kłamstwem, lękiem i koszmarem najgłębiej zatopionym w sercu.
Dopiero po tej chwili trwającej wieczność zachłystnęła się zimnym haustem bryzy, zmieszanym z zapachem towarzyszki, dopiero po chwili zauważyła, że drżące ciało otaczają ciasno ramiona drugiej kobiety. Skłoniła głowę i ukryła w załomie jej szyi, nie będąc w stanie oddać uścisku, ale zdecydowanie będąc w stanie oddać jej swoje łzy.
– Myślałam… myślałam… – próbowała przebić się przez własny szloch, rozpaczliwą próbę ciała w zrzuceniu napięcia, w wymuszonym przebudzeniu, w powrocie do rzeczywistości. – Nie wybaczyłabym sobie wiesz? Nie wybaczyłabym sobie nigdy gdyby… gdyby ona… – w końcu dłonie zmuszone przez niewidzialne sznurki woli uniosły się, by ukorzenić się na plecach drugiej kobiety, w końcu dała się ponieść objęciu, ukołysać, a oddech choć wciąż rwany powrócił do niej w pełni, gdy osiadła w porcie bezpiecznych ramion, pewnych ramion, stabilnych ramion. Pozwoliła jednak łzom płynąć, bo nie dała im płynąć tamtej nocy, gdy wysłuchała opowieści o Dunwich. Wtedy musiała być dzielna, wtedy musiała być wściekła i punktować im jak nierozważne były, jak mało się zabezpieczyły przed potencjalnymi zagrożeniami, jak mogły już nigdy stamtąd nie wrócić. Obie. Teraz mogła opowiedzieć bez słów o swojej bezsilności, o strachu, o odpowiedzialności, przed którą próbowała uciec w świat, a która przywiała ją na powrót do spalonego miasta.
I ktoś mógłby zarzucić jej, jak zrujnowała przyjemny i lekki spacer, ale ulga, która zaczęła powoli spływać na odrętwiałe ciało, bezpieczeństwo, które poczuła przy trwającej obok kobiety więcej warte były niż płoche przyjemnostki, których na przestrzeni lat zebrały cały słoik. Różnica była subtelna, ale wyczuwalna, gdy drżenie wyciszyło się i przeszło w pełni świadome wdzięcznością objęcie. Ktoś gwizdnął im za plecami, ale nie dbała o to. Liczyło się tylko to, że Sige była obok. Że nie dała jej się zatracić w najczarniejszych z czarnych myśli, że wyłowiła ją z odmętów własnego strachu. – Głupia jestem… – wymamrotała jej we włosy – …przecież serek doskonale sobie radzi w wodzie nie tylko jako foka – podciągnęła nosem, ale nie chciała się odsuwać. Pomijając fakt, że nos miała pewnie opuchnięty jak kartofel, jeszcze by jej się chciało publicznie pocałować czarownicę w spiczastym kapeluszu. Niezbyt rozsądne, ale jakie kuszące…
Kochała.
A jednak teraz brakło jej powietrza, brakło jej tchu, jakby pozostawianie na powierzchni miało ją udusić. Nie zauważyła Ceolsige, nie usłyszała jej słów z oczyma szeroko rozwartymi, utkwionymi w topielicy, która wstała. Jeszcze przez moment, przez krótką chwilę los drwił z niej mirażem, kłamstwem, lękiem i koszmarem najgłębiej zatopionym w sercu.
Dopiero po tej chwili trwającej wieczność zachłystnęła się zimnym haustem bryzy, zmieszanym z zapachem towarzyszki, dopiero po chwili zauważyła, że drżące ciało otaczają ciasno ramiona drugiej kobiety. Skłoniła głowę i ukryła w załomie jej szyi, nie będąc w stanie oddać uścisku, ale zdecydowanie będąc w stanie oddać jej swoje łzy.
– Myślałam… myślałam… – próbowała przebić się przez własny szloch, rozpaczliwą próbę ciała w zrzuceniu napięcia, w wymuszonym przebudzeniu, w powrocie do rzeczywistości. – Nie wybaczyłabym sobie wiesz? Nie wybaczyłabym sobie nigdy gdyby… gdyby ona… – w końcu dłonie zmuszone przez niewidzialne sznurki woli uniosły się, by ukorzenić się na plecach drugiej kobiety, w końcu dała się ponieść objęciu, ukołysać, a oddech choć wciąż rwany powrócił do niej w pełni, gdy osiadła w porcie bezpiecznych ramion, pewnych ramion, stabilnych ramion. Pozwoliła jednak łzom płynąć, bo nie dała im płynąć tamtej nocy, gdy wysłuchała opowieści o Dunwich. Wtedy musiała być dzielna, wtedy musiała być wściekła i punktować im jak nierozważne były, jak mało się zabezpieczyły przed potencjalnymi zagrożeniami, jak mogły już nigdy stamtąd nie wrócić. Obie. Teraz mogła opowiedzieć bez słów o swojej bezsilności, o strachu, o odpowiedzialności, przed którą próbowała uciec w świat, a która przywiała ją na powrót do spalonego miasta.
I ktoś mógłby zarzucić jej, jak zrujnowała przyjemny i lekki spacer, ale ulga, która zaczęła powoli spływać na odrętwiałe ciało, bezpieczeństwo, które poczuła przy trwającej obok kobiety więcej warte były niż płoche przyjemnostki, których na przestrzeni lat zebrały cały słoik. Różnica była subtelna, ale wyczuwalna, gdy drżenie wyciszyło się i przeszło w pełni świadome wdzięcznością objęcie. Ktoś gwizdnął im za plecami, ale nie dbała o to. Liczyło się tylko to, że Sige była obok. Że nie dała jej się zatracić w najczarniejszych z czarnych myśli, że wyłowiła ją z odmętów własnego strachu. – Głupia jestem… – wymamrotała jej we włosy – …przecież serek doskonale sobie radzi w wodzie nie tylko jako foka – podciągnęła nosem, ale nie chciała się odsuwać. Pomijając fakt, że nos miała pewnie opuchnięty jak kartofel, jeszcze by jej się chciało publicznie pocałować czarownicę w spiczastym kapeluszu. Niezbyt rozsądne, ale jakie kuszące…