20.09.2026, 17:08 ✶
Rodzice zdążyli uprzedzić Alice, że w Hogwarcie niektóre dzieci mogą być dla niej niemiłe ze względu na coś, co nazywano „statusem krwi”. Dziewczynka niespecjalnie rozumiała, o co chodziło. Spytała wtedy ich, czy jedni czarodzieje mieli krew czerwoną, a inni fioletową? Niebieską? Czarną może? Ale nie, tu chodziło o coś o wiele bardziej subtelnego, a raczej kompletnie zmyślonego. Jednych uważano za bliższych mugolom, innych za dalszych, ale czemu to miało wyznaczać wartość osoby? Przecież wszyscy tak samo umieli czarować i dostali się do Hogwartu…
– Luna mi nie przeszkadza, spokojnie – Alice spojrzała na sówkę. – Jaka słodka! Ja wzięłam Vincenta – wskazała na klatkę z nabzdyczonym ptaszyskiem, którą przytachała razem z bagażami. – Jest już stary, ale dobrze zna drogę do mojego domu i do Hogwartu.
Sabrina chyba musiała czystej krwi, bowiem wspomniała o jakichś spotkaniach towarzyskich. Alice speszyła się nieco. Często uczestniczyła w spotkaniach towarzyskich. Kiedyś jej rodzice zapraszali wujka Paula, ciocię Christine i ich małego synka. Ale potem państwo Lockhart umarli, a dziadkowie zabrali ich syna z dala od dawnych znajomych jego rodziców. Byli jeszcze oczywiście inni. No ale to wciąż żadna arystokracja…
Jednocześnie Alice nie mogła powstrzymać lekkiej ekscytacji.
– Nie chodzę na takie spotkania, ale… czy chodzi ci o bale? Takie z sukniami i wachlarzami, i tańcami? – dziewczynka rozmarzyła się na samą myśl o takim wydarzeniu. Wyobrażała sobie przyjęcie jak z bajki. Damy w szerokich, błyszczących spódnicach, ubrane w gorsety, ze złotymi spinkami we włosach. Panowie zaś w eleganckich surdutach, szarmanccy i książęcy. – Tak, to stokrotki. Ale nie tylko. Są też maki i chabry. Rosną w naszym ogródku w Dolinie. Przyjaciółka mamy wyszyła je więc na kozakach z okazji moich urodzin.
– Luna mi nie przeszkadza, spokojnie – Alice spojrzała na sówkę. – Jaka słodka! Ja wzięłam Vincenta – wskazała na klatkę z nabzdyczonym ptaszyskiem, którą przytachała razem z bagażami. – Jest już stary, ale dobrze zna drogę do mojego domu i do Hogwartu.
Sabrina chyba musiała czystej krwi, bowiem wspomniała o jakichś spotkaniach towarzyskich. Alice speszyła się nieco. Często uczestniczyła w spotkaniach towarzyskich. Kiedyś jej rodzice zapraszali wujka Paula, ciocię Christine i ich małego synka. Ale potem państwo Lockhart umarli, a dziadkowie zabrali ich syna z dala od dawnych znajomych jego rodziców. Byli jeszcze oczywiście inni. No ale to wciąż żadna arystokracja…
Jednocześnie Alice nie mogła powstrzymać lekkiej ekscytacji.
– Nie chodzę na takie spotkania, ale… czy chodzi ci o bale? Takie z sukniami i wachlarzami, i tańcami? – dziewczynka rozmarzyła się na samą myśl o takim wydarzeniu. Wyobrażała sobie przyjęcie jak z bajki. Damy w szerokich, błyszczących spódnicach, ubrane w gorsety, ze złotymi spinkami we włosach. Panowie zaś w eleganckich surdutach, szarmanccy i książęcy. – Tak, to stokrotki. Ale nie tylko. Są też maki i chabry. Rosną w naszym ogródku w Dolinie. Przyjaciółka mamy wyszyła je więc na kozakach z okazji moich urodzin.