20.09.2026, 16:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.09.2026, 16:26 przez Cathal Shafiq.)
– Nie da rady tego po prostu zdjąć jakimś rytuałem albo co? – spytała Nell Ginewry, dźgając Liama różdżką. Ten syknął, ale przynajmniej gałązki przestały się rozrastać. A potem dźgnęła go drugi raz, tym razem niechcący, zanim zdążyła odpowiedzieć, czy faktycznie by ich zostawiła, i zwróciła spojrzenie na Weasleya, który wpadł do środka i zaopiekował się butelką. W środku była tak jeszcze mniej więcej połowa zawartości.
– Nie. Nie miałem pojęcia. Namioty powinny być częściowo wyciszone – odparł Cathal ze spokojem. Gdzieś w jego dziwną pamięć zapadło się po prostu, by potem to sprawdzić. Krzyki, owszem, one powinny być słyszalne, ale nie zwykła rozmowa, i to pomiędzy dwoma, ale coś mogło się uszkodzić. – Dokąd konkretnie chcesz iść? – zapytał, wyjaśnienia, co do tego, czym jest kolegium, pozostawiając Guinevere, i ostatkiem sił powstrzymując się przed chęcią sięgnięcia po papierosa. Dopiero po chwili pomyślał, że Weasley mówi o wykopaliskach i zmarszczył nieco brwi. Te były bowiem rozsiane na całkiem sporym terenie, składały się z wydobytych murów, budowli w różnym stanie (w większości ruin, ale kilka przetrwało), ale także ciągnących się bardzo daleko podziemi. Billius mógł ich stanowisko robocze dostrzec, jeżeli odwróciłby się od wejścia, przeszedł parę kroków i popatrzył w dół: ot duże stanowisko archeologiczne, którego fragment dostrzegało się z obozowiska. Stąd głównie kawałek murów i miejsce po zniszczonej bramie, wszystko wykopane spod ziemi, i dość mocno pouszkadzane.
– Chcesz zejść na dół? By obejść dokładnie wszystko potrzebowalibyśmy ze dwóch dni, jak nie więcej, a poza tym… żaden z obrastających gałązkami nie był tam dzisiaj. Ja owszem i jakoś nie pączkuję. Ekipa kręci się tam zresztą przez większość czasu, w ostatnie dwa dni nie robiliśmy niczego nowego, nie wchodziliśmy do nowych miejsc, a teren, na którym bywano, był sprawdzany wiele razy – stwierdził z odrobiną powątpiewania. Nie zamierzał jednak się kłócić, bo niestety potrzebowali klątwołamacza, był jednak więcej niż pewien, że wrócą z niczym, a źródło klątwy leży raczej w obozowisku.
– Zanim skończycie, ci tutaj powrastają nam w ziemię – poinformowała Nell, tłumiąc złość, zapewne skierowaną wobec całego świata w ogólności i machnęła różdżką ponownie, usiłując powstrzymać „owocowanie” pracownika. Billowi rzuciła tylko niechętne spojrzenie, ale Bagshot po prawdzie zazwyczaj miała po prostu taki wyraz twarzy, o niczym więc to nie świadczyło.
– Wszyscy byli razem na śniadaniu – wybełkotał tymczasem jej pacjent, jakby nagle coś sobie przypominając. – Poza Brendą. Brenda gotowała śniadanie.
– Nie. Nie miałem pojęcia. Namioty powinny być częściowo wyciszone – odparł Cathal ze spokojem. Gdzieś w jego dziwną pamięć zapadło się po prostu, by potem to sprawdzić. Krzyki, owszem, one powinny być słyszalne, ale nie zwykła rozmowa, i to pomiędzy dwoma, ale coś mogło się uszkodzić. – Dokąd konkretnie chcesz iść? – zapytał, wyjaśnienia, co do tego, czym jest kolegium, pozostawiając Guinevere, i ostatkiem sił powstrzymując się przed chęcią sięgnięcia po papierosa. Dopiero po chwili pomyślał, że Weasley mówi o wykopaliskach i zmarszczył nieco brwi. Te były bowiem rozsiane na całkiem sporym terenie, składały się z wydobytych murów, budowli w różnym stanie (w większości ruin, ale kilka przetrwało), ale także ciągnących się bardzo daleko podziemi. Billius mógł ich stanowisko robocze dostrzec, jeżeli odwróciłby się od wejścia, przeszedł parę kroków i popatrzył w dół: ot duże stanowisko archeologiczne, którego fragment dostrzegało się z obozowiska. Stąd głównie kawałek murów i miejsce po zniszczonej bramie, wszystko wykopane spod ziemi, i dość mocno pouszkadzane.
– Chcesz zejść na dół? By obejść dokładnie wszystko potrzebowalibyśmy ze dwóch dni, jak nie więcej, a poza tym… żaden z obrastających gałązkami nie był tam dzisiaj. Ja owszem i jakoś nie pączkuję. Ekipa kręci się tam zresztą przez większość czasu, w ostatnie dwa dni nie robiliśmy niczego nowego, nie wchodziliśmy do nowych miejsc, a teren, na którym bywano, był sprawdzany wiele razy – stwierdził z odrobiną powątpiewania. Nie zamierzał jednak się kłócić, bo niestety potrzebowali klątwołamacza, był jednak więcej niż pewien, że wrócą z niczym, a źródło klątwy leży raczej w obozowisku.
– Zanim skończycie, ci tutaj powrastają nam w ziemię – poinformowała Nell, tłumiąc złość, zapewne skierowaną wobec całego świata w ogólności i machnęła różdżką ponownie, usiłując powstrzymać „owocowanie” pracownika. Billowi rzuciła tylko niechętne spojrzenie, ale Bagshot po prawdzie zazwyczaj miała po prostu taki wyraz twarzy, o niczym więc to nie świadczyło.
– Wszyscy byli razem na śniadaniu – wybełkotał tymczasem jej pacjent, jakby nagle coś sobie przypominając. – Poza Brendą. Brenda gotowała śniadanie.