Lewis zgarnął cynamonopodobne cosie, aby dokonać zamieszania.
Gdyby magiczne magiczne zwierzęta jako totsmy nie były aż tak rzadkie, jego pewnie byłby jakiś złośliwy chochlik z paskudnymi zębiskami, czapką kucharską i owłosionymi uszami. Tak przynajmniej uważał Lewis, krzywiąc się na swoją sowę. Nie miał pojęcia, dlaczego taki miał i co to świadczyło nim. Może, że żarł mięso niewiadomego pochodzenia? Ale to w sumie powinien być gołębiem w takim razie.
Na hejnał wypił resztę swojego grzańca, odchylając głowę do tyłu do ostatniej kropelki, grdyka poruszała się z każdym łykiem. Kielich stuknął lekko o stół, gdy Lewis go odstawił, wierzchem drugiej dłoni ocierając swoje usta.
— No to do dzieła, mili państwo! — zaanonsował, wstając z miejsca i kierując się swobodnym krokiem ku barowi, gdzie stał kocioł z grzańcem, zapraszający wręcz do psikusa. Już, już wyciągał rękę, gdy karczmarz spojrzał na niego z gromem w oczach, więc Lewis tylko uśmiechnął się szeroko, zasalutował i wziął nogi za pas.
Najwyraźniej właściciel miał nosa do elementu podobnego jemu i bacznie obserwował gościz Nokturnu.
TO COLLECTIVE PROBLEMS