Właściwie, to nagła wiadomość od Brenny całkiem Guinevere zaskoczyła, ale nie miała powodów, by odmówić spotkania. Bo chociaż nie znały się jakoś bardzo, i może i nie miała ostatnio najlepszego czasu, no to… to była nadal Ginny: ciekawska i nieumiejąca odmawiać znajomym. Bo chyba tak Brennę mogła określić, jako znajomą.
Właściwie to nie zwiedzała za bardzo Walii, Helloise nawet oferowała się, że mogłaby jej pokazać Snowdonię, gdyby tylko zapragnęła, Ginny przekładała to jednak na bliżej nieokreśloną datę, nie planując niczego konkretnego, bo chyba obecnie w Anglii niewiele się zaplanować dało z wyprzedzeniem. W każdym razie czas tego poranka miała, udała się więc do Swansea, nie mogąc się pozbyć myśli o tym, że skoro w wiadomości pojawiło się imię Jonathana, to być może… ma to coś wspólnego ze sprawą, do której została (bardzo zresztą chętnie) wciągnięta półtora tygodnia temu?
Cóż, Brenna wyglądała jej na osobę, która mogłaby w czymś takim brać udział…
– Hmm, niby tak blisko Anglii, a jednak kuchnia jakby znacznie inna? – podsunęła, gdy już siedziała naprzeciwko Brenny, splótłszy ze sobą dłonie na blacie. Angielska kuchnia jakoś Ginewry nie porwała (ciekawe dlaczego), chociaż typowe angielskie śniadanie miało swój urok. Przyzwyczajona jednak była do swojej klasycznej, egipskiej kuchni, mocnej czarnej kawy, i choć nie stroniła od próbowania nowych rzeczy, a wręcz przeciwnie, to jakoś miała wrażenie, że Anglicy mają bardzo niewyrafinowane podniebienie. Ale ta grzanka wyglądała zachęcająco. – W porządku. Skoro tak zachwalasz, to zobaczmy, na co ich stać… – a wiadomo, że oceni ich głównie za tę kawę… I gdy kelnerka zakręciła się w pobliżu, to i ona poprosiła o śniadanie – takie samo, jakie pochłaniała właśnie Brenna.
I być może trudno było znaleźć tak na pierwszy rzut oka podobieństwo z Samuelem, z którym Ginny od tamtego czasu utrzymywała kontakt – za nic nie chciała tej cienkiej nici zerwać i Sam był nawet zapraszany do Ostoi… przykro jednak było mówić o tym, w jakich okolicznościach, bo nazajutrz miał się odbyć pogrzeb, o którym Samowi zresztą pisała… Nie wiedziała, czy się zjawi, ale… może? Poznałby resztę rodziny… Nie zamierzała go jednak do niczego zmuszać.
– Great Hangleton? – wymruczała pod nosem i zamyśliła się. Great Hangleton nie bardzo słynęło z czarodziejskich legend, to było w końcu mugolskie miasteczko, więcej czarodziejskich opowieści krążyło raczej o sąsiednim Little Hangleton i to w tę stronę, póki co, zwróciła się uwaga Ginewry. – Chodzi o pierwszego wampira, potwora Frankensteina, czy coś zupełnie innego? – artefakty nie były tutaj wielką wskazówką…