— Dobrze, koszulki schodzą same… — pokiwała głową. — W sumie faktycznie, kiedy byłam u ciebie na Lammas, to dało się zauważyć. Sama nawet kupiłam — przypomniała. Co prawda wtedy nie przywiązywała do tego większej uwagi, ale teraz brała w tym wszystkim udział, więc każdy skrawek informacji był przydatny. — Nad śpiewnikami i modlitewnikami się w takim razie zastanowię. Może być ciężko, bo wiadomo, to taki zakup długofalowy. Nawet jeśli się go długo używa, to starczy na lata. Jedna moja babcia ma taki, że się całkiem rozpada. Pożółkłe kartki, okładka się odkleiła, a kartki… kartki to część z nich jest już osobno, więc je przekłada jak musi coś przeczytać — uśmiechnęła się do Sebastiana lekko, z wyraźnym zainteresowaniem zamierzając podejść do tajnej broni, którą właśnie miał jej zaprezentować. Oto bowiem miała mieć przed oczami coś, co podbije cały sabat, a przynajmniej tak to sobie wyobrażała.
Nie spodziewała się broszur.
Zwykłych, cienkich broszur. Jej zdaniem było w nich zdecydowanie za mało obrazków i to nie dlatego, że nie chciało się jej czytać tego, co było tam napisane, a dlatego że niestety znała ludzi i wiedziała, jak większość z nich funkcjonowała. Lwia część populacji łapała się na bodźce wzrokowe. Jeśli te były dostatecznie ciekawe, to klient był praktycznie kupiony. Dlatego ładne ekspedientki miały więcej klientów i dlatego tyle rzeczy w czarodziejskim świecie się ruszało; bo mogły i dlatego że takie były bardziej interesujące i sprzedajne.
Niemniej jednak, Ambrosia wzięła jedną z broszurek do ręki, robiąc przy tym poważną minę. Pokiwała głową, przekartkowała ten twór, a potem uśmiechnęła się dobrotliwie.
— Broszury darmowe? — zapytała luźnym tonem. Mogła je dorzucać do każdego zakupu, jako gratisik. A nuż ktoś to faktycznie przeczyta, powodowany jakąś ciekawością. — Jest to na pewno jakaś metoda. Ale faktycznie mniejsza forma może okazać się bardziej przystępna, tak jak mówisz. Mam nadzieję, że zadziała — odłożyła ulotkę do reszty jej koleżanek.
Ona miała chyba nieco mniej kredytu zaufania do samych ludzi, ale chciała wierzyć w inicjatywę kuzyna. Była w tym logika, nie mogła zaprzeczyć, ale do religijności i to takiej prawdziwej, potrzeba było pasji. Czy tam powołania, jak lubili to określać duchowni.
— Dobrze, że mi o tym mówisz zawczasu, bo gotowa bym była walczyć z drugim stoiskiem o klientów — zaśmiała się, bo miał to być żart (o którego realizacji podczas Samhain nikt nie miałby się dowiedzieć), ale przynajmniej Grey nie wyglądał, jakby go to bawiło. Zanadto zajęty był liczeniem. — Powinna być zniżka, że jak ktoś kupi ikonę to ma odpust na śpiewnik lub modlitewnik, a jak ktoś kupi śpiewnik lub modlitewnik, to taniej kupi ikonę — rzuciła wreszcie, po chwili zastanowienia, ale na takie zabiegi chyba było już za późno.
— Ja się nikomu w sumie nie dziwię — przyznała, odkładając listę na bok i samej sięgając po herbatę. — Ostatnie sabaty były… bardzo żywe. Na Ostarze gryzły jeże, jak zawsze z resztą. Beltane wybuchło i to podwójnie. Nawet sobie nie wyobrażasz, ile osób przychodziło z płaczem po wróżbę miłosną. Litha? W tym miejscu pewnie nie mówimy o Lithcie. Lammas? Znaczące świeczki i bitwy brygadzistów z cywilami — odchrząknęła, bo bijącym brygadzistą to był akurat jej rodzony brat. — Mabon…? Czekaj. Mabon akurat było spokojne. No, w każdym razie, na dwoje babka wróżyła, jak to będzie w samo Samhain. Szczerą mam nadzieję, że nikogo okropnie nie opęta i nie trzeba będzie robić ratunkowego egzorcyzmu — skrzyżowała palce, chcąc zakląć los.
sort of horror