14.09.2026, 01:29 ✶
23.10.1972
pracownia Astorii w galerii OdNowa
pracownia Astorii w galerii OdNowa
Astoria doskonale wiedziała, co czeka ją od jutra; sztalugi zostaną przesunięte pod ściany, część stołów przykryta grubym płótnem, a przestrzeń, która zwykle należała do farb, pigmentów i delikatnych pędzli, w znacznym stopniu zostanie zajęta przez dynie, skrzynki, kosze i wszystko, co wiązało się z przygotowaniami do Samhain. Dlatego dzisiejszy wieczór należał jeszcze do niej i jej malarstwa. Na stole ustawiła niewielkie, drewniane deseczki przygotowane wcześniej do malowania. Każda miała zaledwie kilka cali wysokości, przez co praca na nich wymagała zupełnie innej precyzji niż przy większych płótnach. Nie było miejsca na szerokie, swobodne gesty ani przypadkowo pozostawione ślady pędzla. Tutaj każdy milimetr miał znaczenie.
Sięgnęła po ołówek i zaczęła przenosić na pierwszą deseczkę zarys kompozycji. Nie rysowała szczegółowo. Zaznaczała jedynie najważniejsze osie, proporcje sylwetki, położenie głowy, układ ramion, granice szat i miejsce, w którym później miały znaleźć się charakterystyczne atrybuty świętego. Linie były lekkie, niemal nieobecne, prowadzone pewną ręką człowieka, który nie potrzebował długo zastanawiać się nad proporcjami. Po chwili pierwsza kompozycja była gotowa do podmalówki. Obok siebie znalazły się niewielkie porcje pigmentów, a Astoria zaczęła mieszać je ze spokojem i cierpliwością. Na tak małych obrazach kolor musiał być wyjątkowo dobrze przemyślany; nie można było liczyć na efekt, jaki dawała rozległa powierzchnia płótna, dlatego od początku musiała kontrolować zarówno temperaturę barw, jak i ich wzajemne relacje. Zaczęła od tła, kładąc cienką warstwę koloru i pozostawiając partie, które miały później przyjąć złocenia. Pierwsza deseczka została odłożona. Druga. Trzecia. Przy każdej powtarzała podobny rytuał, lecz żadna nie była identyczna. Raz pojawiała się ciemniejsza podstawa, innym razem cieplejszy ton, zależnie od tego, jakiego nastroju wymagała dana kompozycja. Jej praca miała w sobie niemal laboratoryjną dokładność, chociaż z zewnątrz wyglądała spokojnie i niespiesznie.
Po paru godzinach wróciła do pierwszej ikony i zaczęła zaznaczać twarz. Nie próbowała od razu wydobywać wszystkich szczegółów. Budowała ją stopniowo, cienkimi warstwami, pozwalając, by spod kolejnych tonów prześwitywała wcześniejsza kolorystyka. W niewielkich ikonach właśnie twarz była tym elementem, który potrafił nadać całości właściwy charakter. Zbyt mocno zaznaczona stawała się ciężka, zbyt delikatna traciła wyraz. Astoria prowadziła więc pędzel niemal na wyczucie, dodając niewielkie ilości pigmentu i natychmiast rozprowadzając je kolejną warstwą. Dalej zajęła się szatami. Pracowała tak przez kilka godzin, nieustannie przechodząc pomiędzy poszczególnymi deskami. Co jakiś czas przecierała paletę i przygotowywała świeże mieszanki. Na stole narastał porządek charakterystyczny dla jej pracy: drobne słoiczki z pigmentami, kawałki materiału zabrudzone farbą, kilka naczyń z wodą i rzędy małych deseczek.
Wieczorem, gdy farba była już sucha, zaczęła nanosić detale i ewentualne poprawki. Poprawki były niewielkie, ale właśnie dlatego wymagały największej uwagi. Pojedyncza kreska tu i ówdzie, odrobinę mocniejszy cień pod powieką, subtelne rozjaśnienie nosa lub knykci, poprawienie konturu aureoli - szczegóły, które robiły różnicę w odbiorze całości. Przy kolejnych pracach postępowała podobnie. Żadnego pośpiechu, żadnego bezmyślnego dokładania kolejnych warstw tylko dlatego, że miała jeszcze farbę na palecie. Każdy szczegół musiał mieć swoje uzasadnienie. Co jakiś czas odkładała pędzel i cofała się pod ścianę, przyglądając się wszystkim pracom jednocześnie. Dopiero zestawione obok siebie pokazywały, czy utrzymała odpowiednią spójność - czy żadna z nich nie była przesadnie ciężka kolorystycznie, czy twarze nie różniły się zbyt mocno charakterem, czy złocenia nie zaczynały konkurować z tym, co powinno pozostać najważniejsze. Pracowała jak malarka, ale jednocześnie patrzyła jak kustoszka, nie potrafiąc całkowicie wyłączyć tej części siebie, która zawsze szukała relacji między pojedynczym dziełem a całością. Dopiero gdy uznała, że ikony są gotowe, oczyściła narzędzia i uporządkowała pigmenty, kończąc pracę na dziś.
Koniec sesji
learn the rules
then break some
then break some