To zachowanie kucharki wydawało mu się strasznie dziwne, bo dlaczego uciekała? Jak się dowiedział, to ona przemieniła się pierwsza i całkowicie, więc może właśnie tam czyli gdzieś w okolicach polowej kuchni znajdowało się centrum tej klątwy. Dalej bił się z myślami, bo dlaczego właśnie teraz, a nie wcześniej? Skoro byli tu tak długo i już coś tam pod ziemią grzebnęli, no trochę bezsensu. No i to tąpnięcie, kolejna niewiadoma.
Nienawidził takich sytuacji, nienawidził błądzić i przede wszystkim, nienawidził
myśleć, był chłopem prostym — rzucał se zaklęcia, jak się udało to łamał klątwy i robił to bez większego zastanowienia, że co i jak, bo ryzykował tylko i wyłącznie własnym życiem, nie że komuś obcemu mogła wydarzyć się krzywda. Teraz było ciutkę inaczej.[/a]Potrzebował planu, ale kurwa, jego rudy łeb i ta jedna szara komórka co to obijała się w czerepie o ściany, nie potrafiła niczego wymyśleć.
— Dobra, ufam Ci. I żadne przysięgi nie są mi do szczęścia potrzebne. — spojrzał na jego rękę, tą co powoli znów zaczęła nabierać brązowej barwy i podobnej korze tekstury, ale dopóki klątwa nie aktywowała się ponownie w stu procentach i nic go nie bolało, to stwierdził, że nie warto marnować sił na forsowanie przełamania. Nie, jeśli gdzieś poza tym namiotem znajdują się Ci, którzy pomocy potrzebują jeszcze bardziej.
— A tym się nie martw, stary — swój wzrok zwrócił w stronę przegubu dłoni mężczyzny — Jakoś to naprawimy. Nie wydaje mi się, że będziemy musieli to amputować. — dodał, tak jak mu się w głowie wydawało pocieszająco. Tego ziomka oczywiście nie pocieszył, bo w jednej chwili ten zbladł cały i kiwną bez słowa głową.
Po tych niesamowitych słowach pocieszenia wyszedł na zewnątrz, jego wzrok nie skierował się jednak w stronę tej egzotycznej panienki, która próbowała pomóc swym towarzyszom i sama prawie nie zostało drzewem, ani niepotrzebne kłócących się ludzi, bo zauważył butle, co to pociągał z niej jeden z poszkodowanych — czyli swój chłop.
— Nie wiem czy wiecie, ale tam wszystko słychać, — wskazał kciukiem do tyłu, w stronę namiotu, z którego właśnie się wyłonił — a skorpiony nie są takie złe, bo przynajmniej można je rozdeptać. — powiedział, wzruszając ramionami. Ruszył jednocześnie w stronę Cathala, bo trzymał w łapie flaszkę.
— Tobie to chyba niezbyt jest teraz potrzebne, ja potrzebuje tego na pewno. — mruknął, wyciągając dłoń po flaszkę i zanim ktokolwiek próbował go zatrzymać, pociągnął z niej łyk. Pociągnął by dwa, a może i pół flaszki, ale zbyt dużo trunku w niej się nie znajdowało, oddał mu ją więc od razu, bo i po co mu pusta butelka. — Szanowne Państwo, kochani moi, pomimo wszystko skupmy się na pozytywnych aspektach klątwy. Po pierwsze, nikt z zarażonych, nie zwija się z bólu, a to naprawdę duży plus. Po drugie, klątwa na razie, nie zaatakowała wszystkich obecnych na wykopaliskach, więc to chyba bardziej straszak niż coś, co naprawdę próbuje zabić. Po trzecie, czy ktoś może mi wytłumaczyć co to jest to całe kolegium? — dodał jeszcze, robiąc z siebie idiotę, ale serio, nie wiedział.
— Plan jest taki, ja idę i ze mną idzie ktoś jeszcze, by patrzeć czy też nie obrastam w kwiatki i ewentualnie mnie przed nimi ratować, no i co dwie pary oczu to nie jedna, a ja nie znam terenu. Kto ze mną idzie, zostawiam już Wam. — popatrzył na ich dwójkę wyczekująco, zbyt długo się na nich nie patrzył jednak, bo zaraz skierował swój wzrok na otaczający ich teren, gdzie szukał czegoś, czegokolwiek, no chuj wie czego, on nie wiedział. Wzorkiem krążył więc w okolicy innych namiotów i wejścia do wykopalisk. Pewnie, jak wejdzie dalej to łatwiej będzie zauważyć, ale cóż szkodziło spróbować?// Na percepcję
Sukces!
engines stop running, the wheat is growin' thin
a nuclear error, but I have no fear
cause L o n d o n is drowning, I,
I live by the river