12.09.2026, 00:33 ✶
Chociaż mówiliśmy o tym wszystkim zaskakująco lekko i swobodnie, pod powierzchnią tej rozmowy rzeczywiście leżało zdecydowanie więcej, niż którekolwiek z nas miało ochotę wyciągać na wierzch w samym środku Lasu Wisielców. Nie miałem szczególnego problemu z tym miejscem, to znaczy, miałem problem z pogodą, wilgocią, błotem i faktem, że moje terenowe buty po dziesięciu minutach wyglądały tak, jakbym postanowił osobiście sprawdzić stan wszystkich okolicznych kałuż, ale sam las nie budził we mnie tego rodzaju emocji, których Prue najwyraźniej się spodziewała - znałem go przecież z czasów, kiedy świat był znacznie prostszy, chociaż czy aby na pewno, moje życie w końcu raczej wcale takie nie było - pamiętałem, gdzie dawniej zaczynała się ścieżka, które drzewa rosły przy strumieniu, gdzie można było przejść suchą nogą, a gdzie miało się gwarantowane spotkanie z błotem sięgającym kostek, pamiętałem również rzeczy, o których nie zamierzałem jej teraz opowiadać, bo nie wszystkie wspomnienia zasługiwały na to, żeby wyciągać je z zakamarków głowy tylko dlatego, że wróciłem w miejsce, z którym były związane. Poza tym przeżyłem gorsze rzeczy niż powrót w rodzinne strony, niektóre z nich przeżyliśmy nawet wspólnie i to całkiem niedawno. Przeszłość nie zniknęła, ale dawno przestała być właścicielem mojego życia, przynajmniej w tym konkretnym kontekście, bo w innym - w innym powróciła może nawet aż nazbyt łatwo… Zawiesiłem na niej wzrok odrobinę dłużej, nie chciałem o tym teraz myśleć, kartki w kalendarzu i tak przesuwały się zbyt szybko, a ja nie zamierzałem dokładać sobie do tego świadomości, że każdy kolejny dobry dzień był również jednym dniem mniej. Dawniej potrafiliśmy siedzieć obok siebie godzinami, wymieniać uwagi, testować zaklęcia i spierać się o drobiazgi, potem wszystko się rozpadło, zostawiając po sobie znacznie więcej pytań niż odpowiedzi, teraz dostaliśmy absurdalną możliwość zrobienia czegoś, czego wtedy nie potrafiliśmy zrobić, mianowicie zwyczajnego spędzania czasu razem bez ciągłego roztrząsania tego, co wydarzyło się wcześniej, nie zamierzałem nam tego odbierać. Nie wszystko, co mnie spotkało, było moim wyborem, nawet jeśli przez lata wolałem udawać, że było, nie musiałem jednak mówić o tym w tej chwili, nie tego ranka.
- Czyli to plesent zwlotny? - Zapytałem, unosząc brwi w zaciekawieniu, po czym uśmiechnąłem się pod nosem, bo słowo „atrakcje” w naszych ustach miało osobiste, zdecydowanie szersze znaczenie niż w normalnym świecie i obejmowało wszystko od włóczenia się po Exmoor po sytuacje, w których rozsądny człowiek zastanowiłby się dwa razy, zanim w ogóle wyszedłby z domu.
- No weś, Sun, to akulat mamy wspólne. - Przechyliłem lekko głowę, nie powiedziałem jednak, ile przyjemności sprawiało mi to, że nadal reagowała na mnie w podobny sposób jak kiedyś, że wciąż mogłem coś zaproponować, a ona potrafiła odpowiedzieć własnym pomysłem, zamiast tylko przyjąć wszystko bez słowa. - Nie musiałaś pytaś. Do niczego mnie nie zmuszasz. - Była to prawda, która dotyczyła zarówno naszych dawnych eksperymentów, wspólnego sprawdzania opcji i godzin spędzonych nad eksperymentami, jak i tego całego dziwacznego momentu teraz, w którym znowu znaleźliśmy drogę do siebie. Różnica polegała na tym, że kiedyś sądziłem, iż mieliśmy przed sobą nieograniczoną ilość czasu, teraz wiedziałem, że czas był właśnie tym, czego mieliśmy najmniej, dlatego tym bardziej nie zamierzałem marnować go na ostrożność, która nie dawała nam niczego poza poczuciem bezpieczeństwa.
- Za póśno. Właśnie miałem zamial zacząś pszesadzaś jeszcze balsiej. - Wyszczerzywszy zęby, przyjrzałem jej się przez moment w bardzo wymowny sposób, nie spuszczając z niej wzroku ani na sekundę, bez mrugania. - Ale dobsze. Będę oszczędny s komplementami. Nie chciałbym pszeciesz, szebyś pszypadkiem odklyła, sze naplawdę uwaszam cię za taaaaaaką… - Ostatnie słowo przeciągnąłem odrobinę, z tym samym rozbawieniem, które pojawiało się we mnie za każdym razem, kiedy próbowała udawać, że nie wiedziała, jak dużo o niej myślałem, na razie jednak zatrzymywałem się na inteligencji, wiedzy, charakterze i tym cholernie pociągającym sposobie patrzenia na świat, o reszcie jeszcze nie zamierzałem mówić, chociaż coraz trudniej było mi udawać przed samym sobą, że nie zauważam, jak dobrze wyglądała we mgle i w tym chłodnym świetle poranka.
- Powinnaś uwaszaś, jeszcze zacznę myśleś, sze imponuję ci czymś więcej nisz mocnymi plecami i wyglądem odstlaszająsym innych ulicznych pojebów. - To było, oczywiście, również czyste drażnienie się z nią, ale nie mogłem sobie odmówić, szczególnie że rozmowa zaczynała nabierać tego znajomego rytmu, który pojawiał się między nami coraz częściej, i był zarówno drogocenny, jak i odrobinę zbyt złudny - złoto głupców? - nie chciałem tak myśleć o naszej relacji. Potem jednak Prue wyciągnęła różdżkę przed siebie i całe moje rozbawienie ustąpiło miejsca skupieniu, spoważniałem, bo zdawałem sobie sprawę z tego, że teoria była najłatwiejszą częścią całego przedsięwzięcia - można było znać formułę, mechanizm działania i wszystkie piękne słowa, które profesorzy lubili umieszczać w podręcznikach, a potem stanąć w praktyce i otrzymać z różdżki żałosną smugę dymu lub nic - patrzyłem więc uważnie na jej dłoń, kiedy powoli wykonała ruch nadgarstkiem, nie był skomplikowany, ale wiedziałem wystarczająco dużo o zaklęciach, żeby rozumieć, że prostota ruchu wcale nie oznaczała prostoty wykonania.
- Tak jest, pani plofesol. - Odpowiedziałem z przesadną powagą, po czym uniosłem własną różdżkę i powtórzyłem ruch - raz, drugi, trzeci - za każdym razem robiłem odrobinę dokładniej, aż w końcu zatrzymałem nadgarstek w odpowiedniej pozycji, przynajmniej według własnego mniemania. - Tak? - Spojrzałem na nią, ale nie czekałem na odpowiedź, tylko wykonałem ruch jeszcze kilka razy, tym razem płynniej, po czym ponownie zerknąłem na nią znad różdżki. - Czy mosze powinnaś jednak pomóc mi s tym tlochę balsiej? Wiesz, jak w golfie? - Rzecz jasna, całkowicie się zgrywałem, chociaż wizja bycia obejmowanym od tyłu przez jej ramiona, którymi zapewne nie dosięgnęłaby nawet do celu, była przezabawnie zachęcająca.
- Czyli to plesent zwlotny? - Zapytałem, unosząc brwi w zaciekawieniu, po czym uśmiechnąłem się pod nosem, bo słowo „atrakcje” w naszych ustach miało osobiste, zdecydowanie szersze znaczenie niż w normalnym świecie i obejmowało wszystko od włóczenia się po Exmoor po sytuacje, w których rozsądny człowiek zastanowiłby się dwa razy, zanim w ogóle wyszedłby z domu.
- No weś, Sun, to akulat mamy wspólne. - Przechyliłem lekko głowę, nie powiedziałem jednak, ile przyjemności sprawiało mi to, że nadal reagowała na mnie w podobny sposób jak kiedyś, że wciąż mogłem coś zaproponować, a ona potrafiła odpowiedzieć własnym pomysłem, zamiast tylko przyjąć wszystko bez słowa. - Nie musiałaś pytaś. Do niczego mnie nie zmuszasz. - Była to prawda, która dotyczyła zarówno naszych dawnych eksperymentów, wspólnego sprawdzania opcji i godzin spędzonych nad eksperymentami, jak i tego całego dziwacznego momentu teraz, w którym znowu znaleźliśmy drogę do siebie. Różnica polegała na tym, że kiedyś sądziłem, iż mieliśmy przed sobą nieograniczoną ilość czasu, teraz wiedziałem, że czas był właśnie tym, czego mieliśmy najmniej, dlatego tym bardziej nie zamierzałem marnować go na ostrożność, która nie dawała nam niczego poza poczuciem bezpieczeństwa.
- Za póśno. Właśnie miałem zamial zacząś pszesadzaś jeszcze balsiej. - Wyszczerzywszy zęby, przyjrzałem jej się przez moment w bardzo wymowny sposób, nie spuszczając z niej wzroku ani na sekundę, bez mrugania. - Ale dobsze. Będę oszczędny s komplementami. Nie chciałbym pszeciesz, szebyś pszypadkiem odklyła, sze naplawdę uwaszam cię za taaaaaaką… - Ostatnie słowo przeciągnąłem odrobinę, z tym samym rozbawieniem, które pojawiało się we mnie za każdym razem, kiedy próbowała udawać, że nie wiedziała, jak dużo o niej myślałem, na razie jednak zatrzymywałem się na inteligencji, wiedzy, charakterze i tym cholernie pociągającym sposobie patrzenia na świat, o reszcie jeszcze nie zamierzałem mówić, chociaż coraz trudniej było mi udawać przed samym sobą, że nie zauważam, jak dobrze wyglądała we mgle i w tym chłodnym świetle poranka.
- Powinnaś uwaszaś, jeszcze zacznę myśleś, sze imponuję ci czymś więcej nisz mocnymi plecami i wyglądem odstlaszająsym innych ulicznych pojebów. - To było, oczywiście, również czyste drażnienie się z nią, ale nie mogłem sobie odmówić, szczególnie że rozmowa zaczynała nabierać tego znajomego rytmu, który pojawiał się między nami coraz częściej, i był zarówno drogocenny, jak i odrobinę zbyt złudny - złoto głupców? - nie chciałem tak myśleć o naszej relacji. Potem jednak Prue wyciągnęła różdżkę przed siebie i całe moje rozbawienie ustąpiło miejsca skupieniu, spoważniałem, bo zdawałem sobie sprawę z tego, że teoria była najłatwiejszą częścią całego przedsięwzięcia - można było znać formułę, mechanizm działania i wszystkie piękne słowa, które profesorzy lubili umieszczać w podręcznikach, a potem stanąć w praktyce i otrzymać z różdżki żałosną smugę dymu lub nic - patrzyłem więc uważnie na jej dłoń, kiedy powoli wykonała ruch nadgarstkiem, nie był skomplikowany, ale wiedziałem wystarczająco dużo o zaklęciach, żeby rozumieć, że prostota ruchu wcale nie oznaczała prostoty wykonania.
- Tak jest, pani plofesol. - Odpowiedziałem z przesadną powagą, po czym uniosłem własną różdżkę i powtórzyłem ruch - raz, drugi, trzeci - za każdym razem robiłem odrobinę dokładniej, aż w końcu zatrzymałem nadgarstek w odpowiedniej pozycji, przynajmniej według własnego mniemania. - Tak? - Spojrzałem na nią, ale nie czekałem na odpowiedź, tylko wykonałem ruch jeszcze kilka razy, tym razem płynniej, po czym ponownie zerknąłem na nią znad różdżki. - Czy mosze powinnaś jednak pomóc mi s tym tlochę balsiej? Wiesz, jak w golfie? - Rzecz jasna, całkowicie się zgrywałem, chociaż wizja bycia obejmowanym od tyłu przez jej ramiona, którymi zapewne nie dosięgnęłaby nawet do celu, była przezabawnie zachęcająca.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)