11.09.2026, 19:54 ✶
Las, który nas otaczał wyglądał dokładnie tak, jak zapamiętałem go sprzed lat, a jednocześnie zupełnie inaczej, - pnie były grubsze, niektórych głazów nie rozpoznawałem, ścieżki, które kiedyś złudnie wydawało mi się, iż znałem prawie na pamięć, najpewniej dawno zarosły - może dlatego przez moment miałem wrażenie, że patrzyłem na miejsce, które kiedyś należało do mnie w takim znaczeniu, w jakim tylko nawiedzone pustkowie mogło należeć do dzieciaka lub trochę starszego chłopca, ale które przestało mnie rozpoznawać, kiedy tylko zniknąłem z niego na wystarczająco długo. Nie bolało mnie to szczególnie, przynajmniej tak sobie powiedziałem, bo prowadząc pewien specyficzny tryb życia po pewnym czasie uczyło się nazywać niektóre rzeczy „ambiwalencją”, w innych przypadkach „obojętnością”, żeby nie musieć szukać dla nich lepszych określeń, lecz wspomnienia miały tę paskudną właściwość, że potrafiły zachować szczegóły nawet wtedy, kiedy człowiek przez lata bardzo pracował nad tym, żeby przestały mieć znaczenie. „Ukształtowały” było więc dobrym słowem, nie powiedziałbym bowiem, że ten las mnie wychował, bo wychowanie sugerowało pewną troskę, a ja nie przypominałem sobie, żeby którekolwiek z tych drzew kiedykolwiek próbowało mi wytłumaczyć, dlaczego wymykanie się z domu po kolejnej sferze i włóczenie się po bagnach po zmroku było raczej kiepskim pomysłem - wręcz przeciwnie - czasami miałem wrażenie, iż szeptały do mnie zachęcająco, chcąc zwieść mnie na manowce. Ten czas nauczył mnie natomiast kilku rzeczy, których później bardzo pilnie używałem, głównie tego, jak szybko dzieciak mógł przestać być dzieckiem, kiedy życie postanowiło urządzić mu wyjątkowo gówniany egzamin praktyczny z dorosłości.
- Cudowna szkoła szycia. Szkoda tylko, sze nie losdawali dyplomów. - Zrobiłem krótką pauzę i zerknąłem w głąb zarośli zasnutych chmurami porannej mgły - no, cóż - może trochę mijałem się z prawdą, bo przecież wydawali za to rodowody, na myśl o czym wydałem z siebie suche prychnięcie. Las zmieniał się przez lata, ja również, więc trudno było oczekiwać, że po takim czasie wystarczyło mi spojrzeć na jeden pień, żeby nagle wróciło całe dzieciństwo, niektóre miejsca pamiętałem jednak doskonale, nawet jeśli nie miałem ochoty się do tego teraz przyznawać.
- Och, świetnie. To balso uspokajające. - Uniosłem brwi, przyglądając się jej przez chwilę, nie brałem tej groźby szczególnie poważnie, podobnie jak ona nie musiała brać poważnie mojej odpowiedzi, chociaż doskonale wiedziałem, że jeśli kiedykolwiek rzeczywiście miała postanowić mnie zabić, rozsądniej byłoby nie czekać, aż skończy przygotowywać zaklęcie. Żartowałem sobie z tego z całkiem wygodnej pozycji człowieka, który był wystarczająco świadomy jej możliwości, żeby nie potrzebować dodatkowych zapewnień.
Potem spoważniałem, kiedy wróciliśmy do powodu, dla którego się tu znaleźliśmy.
- Czy chciałbym umieś? - Powtórzyłem, obracając głowę w jej stronę. - Tak. Chyba chciałbym. - Wzruszyłem ramionami, ponownie patrząc na mgłę przesuwającą się między drzewami, co prawda przez większość życia całkiem nieźle radziłem sobie bez niego, ale moja dotychczasowa strategia bezpieczeństwa opierała się głównie na tym, że problemy próbowały mnie zabić, a ja byłem wystarczająco uparty, żeby im nie pozwolić, co niekoniecznie musiało działać przy tym, z czym teraz mogliśmy musieć się mierzyć.
Spojrzałem na nią uważniej, kiedy wspomniała o swojej „pewnej, zakazanej dziedzinie magii”, i tym razem krótki, parskający śmiech wyrwał mi się już całkiem otwarcie.
- Pluey, na Melina, słońce, naplawdę nie musimy jusz tego tak elegancko nazywaś. Nie musisz mi tutaj sprzedawaś neklomansji w opakowaniu plesentowym i mówiś o „pewnej zakazanej dziedzinie magii”, jakbyś właśnie ploponowała mi vouchel na lekcje awangaldowego malalstwa. - Pokręciłem głową, bo przecież już określiliśmy to odpowiednim mianem - była czarnoksiężnicą, nie mniej, nie więcej, jak bardzo wyrafinowaną mroczną wiedźmą - rozłożyłem ręce, wskazując na otaczający nas las, dodatkowo będącym dowodem na to, jakie miała upodobania, choćby co do scenografii dla swojego hobby. - Oboje wiemy, sze jesteś w tym dobla. Balso dobla, podejszewam, sze wlęsz ilytująco świetna. - Zawyrokowałem z absolutną pewnością siebie.
- Cudowna szkoła szycia. Szkoda tylko, sze nie losdawali dyplomów. - Zrobiłem krótką pauzę i zerknąłem w głąb zarośli zasnutych chmurami porannej mgły - no, cóż - może trochę mijałem się z prawdą, bo przecież wydawali za to rodowody, na myśl o czym wydałem z siebie suche prychnięcie. Las zmieniał się przez lata, ja również, więc trudno było oczekiwać, że po takim czasie wystarczyło mi spojrzeć na jeden pień, żeby nagle wróciło całe dzieciństwo, niektóre miejsca pamiętałem jednak doskonale, nawet jeśli nie miałem ochoty się do tego teraz przyznawać.
- Och, świetnie. To balso uspokajające. - Uniosłem brwi, przyglądając się jej przez chwilę, nie brałem tej groźby szczególnie poważnie, podobnie jak ona nie musiała brać poważnie mojej odpowiedzi, chociaż doskonale wiedziałem, że jeśli kiedykolwiek rzeczywiście miała postanowić mnie zabić, rozsądniej byłoby nie czekać, aż skończy przygotowywać zaklęcie. Żartowałem sobie z tego z całkiem wygodnej pozycji człowieka, który był wystarczająco świadomy jej możliwości, żeby nie potrzebować dodatkowych zapewnień.
Potem spoważniałem, kiedy wróciliśmy do powodu, dla którego się tu znaleźliśmy.
- Czy chciałbym umieś? - Powtórzyłem, obracając głowę w jej stronę. - Tak. Chyba chciałbym. - Wzruszyłem ramionami, ponownie patrząc na mgłę przesuwającą się między drzewami, co prawda przez większość życia całkiem nieźle radziłem sobie bez niego, ale moja dotychczasowa strategia bezpieczeństwa opierała się głównie na tym, że problemy próbowały mnie zabić, a ja byłem wystarczająco uparty, żeby im nie pozwolić, co niekoniecznie musiało działać przy tym, z czym teraz mogliśmy musieć się mierzyć.
Spojrzałem na nią uważniej, kiedy wspomniała o swojej „pewnej, zakazanej dziedzinie magii”, i tym razem krótki, parskający śmiech wyrwał mi się już całkiem otwarcie.
- Pluey, na Melina, słońce, naplawdę nie musimy jusz tego tak elegancko nazywaś. Nie musisz mi tutaj sprzedawaś neklomansji w opakowaniu plesentowym i mówiś o „pewnej zakazanej dziedzinie magii”, jakbyś właśnie ploponowała mi vouchel na lekcje awangaldowego malalstwa. - Pokręciłem głową, bo przecież już określiliśmy to odpowiednim mianem - była czarnoksiężnicą, nie mniej, nie więcej, jak bardzo wyrafinowaną mroczną wiedźmą - rozłożyłem ręce, wskazując na otaczający nas las, dodatkowo będącym dowodem na to, jakie miała upodobania, choćby co do scenografii dla swojego hobby. - Oboje wiemy, sze jesteś w tym dobla. Balso dobla, podejszewam, sze wlęsz ilytująco świetna. - Zawyrokowałem z absolutną pewnością siebie.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)