11.09.2026, 18:10 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.09.2026, 18:10 przez Benjy Fenwick.)
Pytanie o to miejsce trafiło we mnie trochę głębiej, niż początkowo chciałem po sobie pokazać, bo Las Wisielców rzeczywiście nie był dla mnie wyłącznie kawałkiem ponurego lasu pod Little Hangleton, w którym ktoś taki jak nasza dwójka mógł spokojnie schować się przed światem - znałem te drzewa z czasów, kiedy byłem dzieciakiem i wszystko wydawało mi się większe, ciemniejsze oraz znacznie bardziej interesujące, niż rzeczywiście było, znałem ścieżki, które z biegiem lat zarosły, pamiętałem wilgoć w powietrzu i ten specyficzny zapach ziemi po deszczu, a przede wszystkim pamiętałem człowieka, którym wtedy byłem, chociaż przez długi czas bardzo skutecznie udawałem przed samym sobą, że tamten chłopak umarł razem z całą resztą rzeczy, których nie chciałem już oglądać.
- Mam do niego dość… Ambiwalentne podejście. - Odpowiedziałem w końcu, patrząc gdzieś ponad jej ramieniem, na ciemne pnie ginące we mgle - odpowiedź nie była szczególnie skomplikowana, tylko miała w sobie kilka warstw, których nie chciało mi się o tej porze rozpakowywać nawet przed własną żoną - spędziłem tutaj kawał dzieciństwa, więc miałem z nim trochę wspomnień, zwłaszcza tych gorszego sortu z różnych powodów, których nie zamierzałem oprawiać i wieszać sobie nad kominkiem, ale nie czułem też potrzeby podpalać lasu za każdym razem, kiedy go widziałem, nawet po tej niedawnej akcji z wilkołakiem. - Wiem, gdzie byłem, wiem, co tutaj lobiłem i wiem, dlaczego stąd wyjechałem. Nie tęsknię, ale tesz nie zamieszam udawaś, sze wymazano mi ten kawałek szycia s pamięsi, jeśli o to chodzi. - Zerknąłem jeszcze raz na otaczający nas las, trudno było mieć sentyment do miejsca, które wyglądało, jakby nawet drzewa chciały się stąd wynieść. Nie czułem żalu, może tylko odrobinę tego przedziwnego rozbawienia, że po tylu latach wróciłem tutaj z własnej woli, zamiast zostać zaciągniętym przez rodzinę, obowiązek albo inne nieszczęście.
Pokręciłem głową, czując lekkie drżenie mięśnia powieki, kiedy stwierdziła, że to miejsce nie było szczególnie przytulne, ale za to bezpieczne, bo jednocześnie trudno było mi się z nią całkowicie nie zgodzić, jak i również niełatwo było mi to potwierdzić z kamienną twarzą, nie po ostatnich nocnych wydarzeniach, które teoretycznie sam sprowokowałem, no - wraz z moją kuzynką - lecz bez względu na okoliczności, były one bardzo dalekie od wywoływania poczucia bezpieczeństwa.
- Dobsze, sze to mówisz, bo miałem się zacząś zastanawiaś, czy pszypadkiem nie splóbujesz się mnie pozbyś. - Dalsza część żartu o jej „specyficznym guście”, na szczęście również do drugich połówek, zatrzymała mi się jednak na ustach, kiedy Prue wyciągnęła różdżkę, chociaż dopiero kiedy wspomniała o zaklęciach, o stworzeniach i o tym, że niektóre z nich działały na rzeczy, których Ministerstwo wolało nie widzieć, tak naprawdę przestałem się uśmiechać - wiedziałem, o czym mówiła - ostatnie wydarzenia wystarczająco dobrze przypominały nam wszystkim, że świat potrafił zrobić się niebezpieczny znacznie szybciej, niż człowiek zdążył przygotować się na coś mentalnie, niektórzy zasiadający na wysokich stanowiskach nie byli tylko w stanie dopuścić do siebie myśli, iż wymagało to wprowadzenia zmian ułatwiających ludziom radzenie sobie z nieprzewidywalnym.
Poczułem, że zaczynam podejrzewać, dokąd zmierzała, ale kiedy padło pytanie o patronusa, przez chwilę patrzyłem na nią w milczeniu, po czym schowałem ręce do kieszeni płaszcza. Podrapałem się po szczęce i zerknąłem na otaczający nas las, jakbym liczył, że między drzewami znajdę odpowiedź, która uratuje resztki mojej godności - spojrzałem między stare wiązy, na mokre pnie, szare od wilgoci i mgły, i przez moment próbowałem sobie przypomnieć, ile właściwie życia zostawiłem w tej okolicy - dzieciństwo miało to do siebie, że człowiek zwykle orientował się dopiero po latach, ile rzeczy uważał wtedy za normalne, chociaż z perspektywy dorosłego życia niektóre z nich zasługiwały co najwyżej na miano wyjątkowo udanego żartu ze strony losu, później zresztą też nie było lepiej.
- Nie. - Powiedziałem to z taką prostotą, jakiej człowiek mojego pokoju zwykle nie prezentował przy rzeczach, które powinien umieć, jakbym przyznawał się do braku umiejętności haftowania, chociaż w rzeczywistości przez moment poczułem coś nieprzyjemnego gdzieś pod żebrami, ale w końcu mieliśmy być wobec siebie szczerzy - prawda?
Patronus nigdy nie należał do rzeczy, które uważałem za całkowicie niezbędne do przeżycia, natomiast moje życie miało przez wystarczająco długi czas taką tendencję do podstawiania mi nogi, że trudno było oczekiwać, żebym przy okazji znajdował sobie czas na przywoływanie srebrnych zwierzątek z najpiękniejszych wspomnień zdobytych niby gdzie.
- Mam do niego dość… Ambiwalentne podejście. - Odpowiedziałem w końcu, patrząc gdzieś ponad jej ramieniem, na ciemne pnie ginące we mgle - odpowiedź nie była szczególnie skomplikowana, tylko miała w sobie kilka warstw, których nie chciało mi się o tej porze rozpakowywać nawet przed własną żoną - spędziłem tutaj kawał dzieciństwa, więc miałem z nim trochę wspomnień, zwłaszcza tych gorszego sortu z różnych powodów, których nie zamierzałem oprawiać i wieszać sobie nad kominkiem, ale nie czułem też potrzeby podpalać lasu za każdym razem, kiedy go widziałem, nawet po tej niedawnej akcji z wilkołakiem. - Wiem, gdzie byłem, wiem, co tutaj lobiłem i wiem, dlaczego stąd wyjechałem. Nie tęsknię, ale tesz nie zamieszam udawaś, sze wymazano mi ten kawałek szycia s pamięsi, jeśli o to chodzi. - Zerknąłem jeszcze raz na otaczający nas las, trudno było mieć sentyment do miejsca, które wyglądało, jakby nawet drzewa chciały się stąd wynieść. Nie czułem żalu, może tylko odrobinę tego przedziwnego rozbawienia, że po tylu latach wróciłem tutaj z własnej woli, zamiast zostać zaciągniętym przez rodzinę, obowiązek albo inne nieszczęście.
Pokręciłem głową, czując lekkie drżenie mięśnia powieki, kiedy stwierdziła, że to miejsce nie było szczególnie przytulne, ale za to bezpieczne, bo jednocześnie trudno było mi się z nią całkowicie nie zgodzić, jak i również niełatwo było mi to potwierdzić z kamienną twarzą, nie po ostatnich nocnych wydarzeniach, które teoretycznie sam sprowokowałem, no - wraz z moją kuzynką - lecz bez względu na okoliczności, były one bardzo dalekie od wywoływania poczucia bezpieczeństwa.
- Dobsze, sze to mówisz, bo miałem się zacząś zastanawiaś, czy pszypadkiem nie splóbujesz się mnie pozbyś. - Dalsza część żartu o jej „specyficznym guście”, na szczęście również do drugich połówek, zatrzymała mi się jednak na ustach, kiedy Prue wyciągnęła różdżkę, chociaż dopiero kiedy wspomniała o zaklęciach, o stworzeniach i o tym, że niektóre z nich działały na rzeczy, których Ministerstwo wolało nie widzieć, tak naprawdę przestałem się uśmiechać - wiedziałem, o czym mówiła - ostatnie wydarzenia wystarczająco dobrze przypominały nam wszystkim, że świat potrafił zrobić się niebezpieczny znacznie szybciej, niż człowiek zdążył przygotować się na coś mentalnie, niektórzy zasiadający na wysokich stanowiskach nie byli tylko w stanie dopuścić do siebie myśli, iż wymagało to wprowadzenia zmian ułatwiających ludziom radzenie sobie z nieprzewidywalnym.
Poczułem, że zaczynam podejrzewać, dokąd zmierzała, ale kiedy padło pytanie o patronusa, przez chwilę patrzyłem na nią w milczeniu, po czym schowałem ręce do kieszeni płaszcza. Podrapałem się po szczęce i zerknąłem na otaczający nas las, jakbym liczył, że między drzewami znajdę odpowiedź, która uratuje resztki mojej godności - spojrzałem między stare wiązy, na mokre pnie, szare od wilgoci i mgły, i przez moment próbowałem sobie przypomnieć, ile właściwie życia zostawiłem w tej okolicy - dzieciństwo miało to do siebie, że człowiek zwykle orientował się dopiero po latach, ile rzeczy uważał wtedy za normalne, chociaż z perspektywy dorosłego życia niektóre z nich zasługiwały co najwyżej na miano wyjątkowo udanego żartu ze strony losu, później zresztą też nie było lepiej.
- Nie. - Powiedziałem to z taką prostotą, jakiej człowiek mojego pokoju zwykle nie prezentował przy rzeczach, które powinien umieć, jakbym przyznawał się do braku umiejętności haftowania, chociaż w rzeczywistości przez moment poczułem coś nieprzyjemnego gdzieś pod żebrami, ale w końcu mieliśmy być wobec siebie szczerzy - prawda?
Patronus nigdy nie należał do rzeczy, które uważałem za całkowicie niezbędne do przeżycia, natomiast moje życie miało przez wystarczająco długi czas taką tendencję do podstawiania mi nogi, że trudno było oczekiwać, żebym przy okazji znajdował sobie czas na przywoływanie srebrnych zwierzątek z najpiękniejszych wspomnień zdobytych niby gdzie.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)