11.09.2026, 11:57 ✶
Gdy tylko przekroczyła próg herbaciarni, chłodne powietrze jesienne uderzyło w nią z taką gwałtownością, jakby sama ulica czekała na tę chwilę, aby wyrwać ją z dusznego wnętrza i przywrócić światu. Astoria zachłysnęła się nim niemal łapczywie. Pierwszy oddech był urywany, drugi głębszy, trzeci już spokojniejszy. Zimno drasnęło gardło, lecz właśnie tego potrzebowała. Dopiero wtedy poczuła, jak bardzo osłabły jej nogi. Jeszcze przed chwilą utrzymywała się na nich wyłącznie siłą woli; teraz miała wrażenie, jakby kości zastąpiono watą. Każdy krok wydawał się niepewny, jak stąpanie po cienkim lodzie, pod którym wciąż drżała pamięć minionych minut. I właśnie wtedy ramię Rodolphusa, pewne i mocne, podtrzymało ją w pionie. Była mu za to wdzięczna. Ta myśl przyszła nieproszona i dlatego niemal natychmiast próbowała ją od siebie odsunąć. Nie zmieniało to jednak faktu, że bez jego ramienia musiałaby zatrzymać się przy samym wyjściu albo oprzeć o najbliższy mur. Jego dłoń nie pozwalała jej zachwiać się bardziej, niż mogła sobie na to pozwolić. Nie pytał, nie komentował, nie robił już żadnego zamieszania. Po prostu był obok. Czarownica zacisnęła lekko szczękę.
Z każdym kolejnym oddechem świat odzyskiwał swoje kształty. Mgła przestała wirować przed oczami, bruk znów był nieruchomy, a odgłosy ulicy powracały na swoje miejsce. Jeszcze tylko przez chwilę pozwoliła sobie oprzeć ciężar na jego ramieniu. Potem, gdy poczuła, że ziemia pod stopami przestała falować, wyprostowała się odrobinę, jakby samym ruchem pleców chciała przypomnieć sobie i jemu, że jest silną kobietą. Wiedziała, że jest mu winna wyjaśnienia, ale wyczuła jego zdystansowanie po tym, co zdarzyło się w środku. Westchnęła ciężko, próbując zebrać myśli.
- Widok tych mężczyzn… Jeden z nich był bardzo podobny. Jeszcze nie do końca się uporałam, z tym co się wtedy wydarzyło - wyznała cicho, by tylko on zdołał ją usłyszeć. To właśnie twarz tego mężczyzny, a właściwie podobieństwo do niej, wystarczyło, by wspomnienie wyrwało się z najgłębszych zakamarków pamięci i na moment odebrało jej władzę nad własnym ciałem. - Czasem to wszystko do mnie wraca, jak sen na jawie. Nie mogę się otrząsnąć i… ogarnia mnie panika - poczuła ciężar w klatce piersiowej, kiedy to mówiła, tak bardzo nie lubiła przyznawać się głośno do swoich słabości. Przyznanie się do nich zawsze miało dla niej smak kapitulacji. Dlatego przez lata nauczyła się ukrywać pęknięcia pod chłodnym spojrzeniem, spokojnym tonem i nienaganną postawą. Tym razem jednak nie miała już przed kim udawać. Rodolphus widział ją w zbyt wielu chwilach, w których jej maska opadała, choćby na krótką chwilę. Widział ją teraz.
Wypuściła powoli powietrze z płuc, obserwując, jak jasna para rozpływa się przed jej twarzą.
- Tak, odprowadź mnie do domu, Rodolphusie.
Z każdym kolejnym oddechem świat odzyskiwał swoje kształty. Mgła przestała wirować przed oczami, bruk znów był nieruchomy, a odgłosy ulicy powracały na swoje miejsce. Jeszcze tylko przez chwilę pozwoliła sobie oprzeć ciężar na jego ramieniu. Potem, gdy poczuła, że ziemia pod stopami przestała falować, wyprostowała się odrobinę, jakby samym ruchem pleców chciała przypomnieć sobie i jemu, że jest silną kobietą. Wiedziała, że jest mu winna wyjaśnienia, ale wyczuła jego zdystansowanie po tym, co zdarzyło się w środku. Westchnęła ciężko, próbując zebrać myśli.
- Widok tych mężczyzn… Jeden z nich był bardzo podobny. Jeszcze nie do końca się uporałam, z tym co się wtedy wydarzyło - wyznała cicho, by tylko on zdołał ją usłyszeć. To właśnie twarz tego mężczyzny, a właściwie podobieństwo do niej, wystarczyło, by wspomnienie wyrwało się z najgłębszych zakamarków pamięci i na moment odebrało jej władzę nad własnym ciałem. - Czasem to wszystko do mnie wraca, jak sen na jawie. Nie mogę się otrząsnąć i… ogarnia mnie panika - poczuła ciężar w klatce piersiowej, kiedy to mówiła, tak bardzo nie lubiła przyznawać się głośno do swoich słabości. Przyznanie się do nich zawsze miało dla niej smak kapitulacji. Dlatego przez lata nauczyła się ukrywać pęknięcia pod chłodnym spojrzeniem, spokojnym tonem i nienaganną postawą. Tym razem jednak nie miała już przed kim udawać. Rodolphus widział ją w zbyt wielu chwilach, w których jej maska opadała, choćby na krótką chwilę. Widział ją teraz.
Wypuściła powoli powietrze z płuc, obserwując, jak jasna para rozpływa się przed jej twarzą.
- Tak, odprowadź mnie do domu, Rodolphusie.
Koniec sesji
learn the rules
then break some
then break some