10.09.2026, 22:05 ✶
Teleportacja wyrzuciła nas w sam środek porannego chłodu, który od razu wcisnął mi się pod kołnierz płaszcza i sprawił, że zatęskniłem za własnym łóżkiem w sypialni w Exmoor, chociaż jeszcze przed chwilą nawet o nim nie myślałem, bo od paru dni nawet wcale go już nie zajmowałem, sypiając gdzieś indziej - teraz jednak przez myśl przeszło mi to, jak przyjemnie byłoby się zakopać pod grubą kołdrą w znajomych czterech ścianach rezydencji - podjąwszy decyzję o tymczasowym powrocie na rodzime łono Wielkiej Brytanii jakoś zupełnie nie brałem pod uwagę sezonu, który przypadał na czas mojej wizyty, przez ostatnie dni sierpnia i pierwsze dni września było zresztą całkiem przyjemnie, lecz teraz dosłownie pizgało złem. Gdzieś za drzewami znajdowało się aż za dobrze mi znane Little Hangleton, w którym się wychowałem, ale równie dobrze mogło go nie być, bo o tej porze świat kończył się kilka kroków dalej, dokładnie tam, gdzie mleczna zasłona odcinała dalszą drogę.
- Taaa, tutaj nikt laszej nie bęsie miał powodu nas wypatlywaś… - Przyznałem, chociaż wciąż nie miałem najmniejszego pojęcia, co właściwie zamierzała zrobić. Prue najwyraźniej nie potrzebowała mojego entuzjazmu, bo ruszyła dalej, a ja posłusznie podążyłem za nią przez gąszcz, bo przecież nie miałem zamiaru kwestionować wyboru miejsca, przede wszystkim dlatego, że zdążyłem już przywyknąć do pewnej prawidłowości, wedle której najpierw coś dokładnie sprawdzała, analizowała, przygotowywała, a dopiero potem informowała mnie, gdzie miałem się stawić i co ze sobą zabrać, podczas gdy moim zadaniem pozostawało pojawić się na czas oraz nie zadawać zbyt wielu pytań. Ruszyłem, lawirując między korzeniami i starając się nie poślizgnąć na mokrych liściach, bo upadek w pierwszych pięciu minutach wyprawy byłby wyjątkowo żenującym początkiem dnia, a kiedy wreszcie zatrzymała się między kilkoma drzewami, zwolniłem i podszedłem bliżej. Przystanąłem obok niej, wsuwając dłonie do kieszeni płaszcza, po czym rozejrzałem się po wybranym miejscu - miała rację - z naszej strony i perspektywy można było obserwować fragment lasu, ale z zewnątrz drzewa, mgła i gęste poszycie skutecznie zasłaniały wszystko, co znajdowało się pomiędzy nimi. Co prawda kilka razy wydawało mi się, że coś słyszałem, ale chwilowo usiłowałem zrzucić to na specyfikę terenu, na którym się znaleźliśmy, usiłując nie dać się pochłonąć niepokojowi i typowym tu omamom słuchowym.
- „Idealnie”. - Powtórzyłem za nią z lekkim przekąsem, przenosząc spojrzenie na jej twarz. - To słowo bszmi szczególnie dobsze, kiedy wypowiadasz je w ślodku Lasu Wisielców o polanku, wiesz? - Zdjąłem torbę z ramienia i odstawiłem ją na ziemię, otrzepując dłonie z resztek materii organicznej pozostałej na nich pod wpływem odgarniania gałęzi i tej wszechobecnej wilgoci, dopiero wtedy uniosłem brwi z tym rodzajem zaciekawienia, który najwyraźniej nadal pozostał mi po latach znajomości z kobietą mającą zwyczaj prowadzania mnie w różne dziwne miejsca bez udzielania pełnych wyjaśnień.
- Taaa, tutaj nikt laszej nie bęsie miał powodu nas wypatlywaś… - Przyznałem, chociaż wciąż nie miałem najmniejszego pojęcia, co właściwie zamierzała zrobić. Prue najwyraźniej nie potrzebowała mojego entuzjazmu, bo ruszyła dalej, a ja posłusznie podążyłem za nią przez gąszcz, bo przecież nie miałem zamiaru kwestionować wyboru miejsca, przede wszystkim dlatego, że zdążyłem już przywyknąć do pewnej prawidłowości, wedle której najpierw coś dokładnie sprawdzała, analizowała, przygotowywała, a dopiero potem informowała mnie, gdzie miałem się stawić i co ze sobą zabrać, podczas gdy moim zadaniem pozostawało pojawić się na czas oraz nie zadawać zbyt wielu pytań. Ruszyłem, lawirując między korzeniami i starając się nie poślizgnąć na mokrych liściach, bo upadek w pierwszych pięciu minutach wyprawy byłby wyjątkowo żenującym początkiem dnia, a kiedy wreszcie zatrzymała się między kilkoma drzewami, zwolniłem i podszedłem bliżej. Przystanąłem obok niej, wsuwając dłonie do kieszeni płaszcza, po czym rozejrzałem się po wybranym miejscu - miała rację - z naszej strony i perspektywy można było obserwować fragment lasu, ale z zewnątrz drzewa, mgła i gęste poszycie skutecznie zasłaniały wszystko, co znajdowało się pomiędzy nimi. Co prawda kilka razy wydawało mi się, że coś słyszałem, ale chwilowo usiłowałem zrzucić to na specyfikę terenu, na którym się znaleźliśmy, usiłując nie dać się pochłonąć niepokojowi i typowym tu omamom słuchowym.
- „Idealnie”. - Powtórzyłem za nią z lekkim przekąsem, przenosząc spojrzenie na jej twarz. - To słowo bszmi szczególnie dobsze, kiedy wypowiadasz je w ślodku Lasu Wisielców o polanku, wiesz? - Zdjąłem torbę z ramienia i odstawiłem ją na ziemię, otrzepując dłonie z resztek materii organicznej pozostałej na nich pod wpływem odgarniania gałęzi i tej wszechobecnej wilgoci, dopiero wtedy uniosłem brwi z tym rodzajem zaciekawienia, który najwyraźniej nadal pozostał mi po latach znajomości z kobietą mającą zwyczaj prowadzania mnie w różne dziwne miejsca bez udzielania pełnych wyjaśnień.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)