07.09.2026, 23:27 ✶
Nie od razu pojęła, że to jego głos przebija się przez gęstą, nieruchomą zasłonę, która opadła pomiędzy nią a światem. Słowa dochodziły z oddali, poszarpane i niewyraźne, jakby niosła je woda. Czuła jego ramię przy sobie. Ciężar dłoni na włosach. Chłód szklanki przy palcach. I własny oddech, który wciąż nie chciał słuchać. Spróbowała nabrać powietrza wolniej, lecz pierwszy wdech urwał się w połowie. Kolejny również. Dopiero następny był trochę pełniejszy. Serce nadal waliło jej w piersi, lecz przestało już zdawać się czymś obcym, czymś, co wymknęło się spod jej władzy. Drżenie nie ustępowało całkiem, ale słabło z każdą chwilą. Nie podniosła od razu wzroku. Wstyd pojawił się dopiero wtedy, kiedy strach zaczął ustępować. Astoria zacisnęła powieki, próbując zebrać myśli, które jeszcze przed chwilą rozsypały się po jej głowie niczym paciorki zerwanego naszyjnika.
Odwróciła głowę w stronę drzwi. Mężczyzn już nie było. Dopiero teraz dotarło do niej, że zniknęli. Zaczerpnęła kolejny oddech, tym razem spokojniejszy. Palce wciąż drżały, więc objęła nimi szklankę ostrożniej, jakby najzwyklejszy przedmiot wymagał teraz całej uwagi. Woda zniknęła z kieliszka niemal od razu. Czarownica piła łapczywie, jak gdyby chłód płynu mógł spłukać z gardła nie tylko suchość, lecz i tamten przeklęty ucisk, który jeszcze przed chwilą zaciskał jej płuca. Dopiero gdy naczynie opustoszało, odstawiła je na stół z nieco zbyt gwałtownym ruchem. Palce wciąż drżały, choć uparcie próbowała je zmusić do posłuszeństwa. Oddychała według jego rachuby. Jeden… Dwa… Trzy. Powietrze wreszcie zaczynało docierać głębiej, a obraz przed oczami przestawał być poszarpaną mozaiką plam i ruchów. Czuła przy tym jego bliskość - stabilną, ciepłą, niemal absurdalnie przytomną wobec chaosu, który jeszcze przed chwilą rozszarpał jej własne myśli. I właśnie to było najgorsze. Przynosiło ulgę. Nie chciała jej. Nie chciała przyznawać, że obecność Rodolphusa pomagała jej wrócić do siebie, że jego głos, choć stanowczy, miał w sobie coś, czego mogła się uchwycić. Łatwiej było przecież uznać go za kolejne źródło irytacji niż dopuścić do siebie myśl, że w tej jednej chwili naprawdę potrzebowała czyjejś pomocy. Gniew przyszedł więc niemal naturalnie, jakby panika, nie mając już gdzie znaleźć ujścia, przemieniła się w coś prostszego, bardziej znajomego. Zmarszczyła brwi i odsunęła się odrobinę.
- Przestań… robić ze mnie widowisko - wyrzuciła z siebie, głosem wciąż odrobinę zachrypniętym. Nie było w tym sprawiedliwości. Wiedziała o tym. To on jako jedyny zareagował, ale jednocześnie wystawił jej słabości na świecznik. Może właśnie dlatego był teraz najwygodniejszym celem dla jej złości. Łatwiej było obwinić jego za zamieszanie niż przyznać, że jeden przypadkowy widok odebrał jej na chwilę władzę nad samą sobą. Przetarła dłonią skroń, poprawiając przy tym niesforne pasmo włosów. Dopiero teraz zauważyła, jak mocno zaciskała drugą dłoń na krawędzi stołu. Rozluźniła palce powoli, jeden po drugim.
Podniosła na niego wzrok. Bladość wciąż nie całkiem ustąpiła jej z twarzy, lecz spojrzenie odzyskało już dawną ostrość. Nie zamierzała mu tego okazywać, ale gdzieś pod warstwą rozdrażnienia potrafiła jego pomoc docenić. Nie zamierzała jednak dopuścić do siebie myśli, że mogła wynikać ze szczerej troski. Taka możliwość była zbyt niewygodna, zbyt miękka, zbyt niebezpieczna. Łatwiej było uznać jego zachowanie za odruch, przyzwoitość albo zwykłą ciekawość niż przyjąć, że naprawdę się o nią przejął.
- Zabierz mnie stąd - powiedziała cicho, a po chwili dodała, bardziej stanowczo: - Proszę.
Nie chciała kolejnych pytań ani spojrzeń. Potrzebowała przestrzeni, w której mogłaby zebrać myśli, a przede wszystkim świeżego powietrza, które nie pachniałoby herbatą, rozlanym napięciem i cudzą ciekawością. Oparła dłoń na krawędzi stołu i podniosła się powoli.
Odwróciła głowę w stronę drzwi. Mężczyzn już nie było. Dopiero teraz dotarło do niej, że zniknęli. Zaczerpnęła kolejny oddech, tym razem spokojniejszy. Palce wciąż drżały, więc objęła nimi szklankę ostrożniej, jakby najzwyklejszy przedmiot wymagał teraz całej uwagi. Woda zniknęła z kieliszka niemal od razu. Czarownica piła łapczywie, jak gdyby chłód płynu mógł spłukać z gardła nie tylko suchość, lecz i tamten przeklęty ucisk, który jeszcze przed chwilą zaciskał jej płuca. Dopiero gdy naczynie opustoszało, odstawiła je na stół z nieco zbyt gwałtownym ruchem. Palce wciąż drżały, choć uparcie próbowała je zmusić do posłuszeństwa. Oddychała według jego rachuby. Jeden… Dwa… Trzy. Powietrze wreszcie zaczynało docierać głębiej, a obraz przed oczami przestawał być poszarpaną mozaiką plam i ruchów. Czuła przy tym jego bliskość - stabilną, ciepłą, niemal absurdalnie przytomną wobec chaosu, który jeszcze przed chwilą rozszarpał jej własne myśli. I właśnie to było najgorsze. Przynosiło ulgę. Nie chciała jej. Nie chciała przyznawać, że obecność Rodolphusa pomagała jej wrócić do siebie, że jego głos, choć stanowczy, miał w sobie coś, czego mogła się uchwycić. Łatwiej było przecież uznać go za kolejne źródło irytacji niż dopuścić do siebie myśl, że w tej jednej chwili naprawdę potrzebowała czyjejś pomocy. Gniew przyszedł więc niemal naturalnie, jakby panika, nie mając już gdzie znaleźć ujścia, przemieniła się w coś prostszego, bardziej znajomego. Zmarszczyła brwi i odsunęła się odrobinę.
- Przestań… robić ze mnie widowisko - wyrzuciła z siebie, głosem wciąż odrobinę zachrypniętym. Nie było w tym sprawiedliwości. Wiedziała o tym. To on jako jedyny zareagował, ale jednocześnie wystawił jej słabości na świecznik. Może właśnie dlatego był teraz najwygodniejszym celem dla jej złości. Łatwiej było obwinić jego za zamieszanie niż przyznać, że jeden przypadkowy widok odebrał jej na chwilę władzę nad samą sobą. Przetarła dłonią skroń, poprawiając przy tym niesforne pasmo włosów. Dopiero teraz zauważyła, jak mocno zaciskała drugą dłoń na krawędzi stołu. Rozluźniła palce powoli, jeden po drugim.
Podniosła na niego wzrok. Bladość wciąż nie całkiem ustąpiła jej z twarzy, lecz spojrzenie odzyskało już dawną ostrość. Nie zamierzała mu tego okazywać, ale gdzieś pod warstwą rozdrażnienia potrafiła jego pomoc docenić. Nie zamierzała jednak dopuścić do siebie myśli, że mogła wynikać ze szczerej troski. Taka możliwość była zbyt niewygodna, zbyt miękka, zbyt niebezpieczna. Łatwiej było uznać jego zachowanie za odruch, przyzwoitość albo zwykłą ciekawość niż przyjąć, że naprawdę się o nią przejął.
- Zabierz mnie stąd - powiedziała cicho, a po chwili dodała, bardziej stanowczo: - Proszę.
Nie chciała kolejnych pytań ani spojrzeń. Potrzebowała przestrzeni, w której mogłaby zebrać myśli, a przede wszystkim świeżego powietrza, które nie pachniałoby herbatą, rozlanym napięciem i cudzą ciekawością. Oparła dłoń na krawędzi stołu i podniosła się powoli.
learn the rules
then break some
then break some