02.09.2026, 22:35 ✶
- Ależ proszę się tutaj szanowna pani nie unosić.
Ona jeszcze mogła się zacząć unosić. Jak na razie to była całkiem spokojna. Każdy kto Lorien lepiej znał niźli tylko z widzenia, rozróżnić potrafił też całkiem nieźle stopnie jej podirytowania. Czasami drgała jej tylko powieka - zazwyczaj, gdy jeden z drugim stażysta zadał jakieś wyjątkowo głupie pytanie albo Harry pojawił się w zasięgu wzroku. Potem pojawiało się głębokie westchnięcie - resztki zrozumienia dla idiotyzmu ulatywały wraz z nim z płuc. Podirytowana do granic możliwości Lorien… wyglądała z kolei jak swoja matka. Tak samo nieprzystępna dla ubogich śmiertelników.
Dlatego teraz w milczeniu odwróciła głowę w stronę krzykacza. Zacisnęła usta pełna niedowierzania i dezaprobaty; uniosła dłoń do góry niemo dając czerwonemu ze złości wójtowi znać, że już czas się zamknąć. A przynajmniej dała mu jeszcze parę cennych sekund, żeby skorzystał z przysługującego mu prawa do zachowania milczenia. Nie skorzystał. Jaka szkoda.
Nie zamierzała się kłócić. Kłótnia co do zasady wymagała emocjonalnego zaangażowania, którego wcale nie zamierzała okazywać.
Nie musiała się zresztąodzywać, bo jej ukochany ministerialny pies zerwał się z łańcucha. Zamiast samej się unosić i wykłócać z tą niższą formą społeczną jaką był mugol, po prostu upiła swojej herbaty. A że była jeszcze za gorzka to dodała do niej kolejnej łyżeczki cukru.
- Jestem wójtem.
- To dopiero… rozczarowująca informacja.- Oznajmiła spokojnie. Wybaczenia nie otrzymał.- Najwyraźniej każdy może się dopchać tu do stołka.
Poruszyła palcami w powietrzu, zaledwie cal nad blatem stolika. Próbowała strzepnąć z opuszków nagłą potrzebę rzucenia uroku. Jakie to byłoby proste - sprawić, żeby problem z chamem sam się rozwiązał. Przez przypadek upuściłby swój samogon, odpalił jedną zapałkę od drugiej i puff - ogień murowany. Był wójt, nie ma wójta. Może ucierpiałby ten obraz, co to go lubiła gospodyni i parę szafek, ale to zawsze można było odkupić. Rytualne samospalenia w obronie lokalnej społeczności nie były może oficjalnie praktykowane, ale czy było coś lepszego od oddolnej inicjatywy?
Ostatecznie różdżka pozostała bezpiecznie ukryta w rękawie, a wójt jak stał tak stał. Żal, że przestał wymachiwać łapami. Jeszcze by sobie oko wybił.
Zaraz zresztą zaczął dyskutować o wodzie i biskupie. Dyskusja co prawda przypominała monolog, bo nikt z pozostałych nie kwapił się do rozmowy z awanturnikiem, ale co się dowiedziała to jej.
Zdarzało się Lorien, ot jak większości czystokrwistych paniątek, żyć pod przysłowiowym kamieniem. A że Dolina Godryka z sadami i jarmarkami, sama w sobie nieszczególnie ją interesowała, toteż omijały ją wszelkie małomiasteczkowe wymysły. I to najwyraźniej był absurdalny błąd.
Zbieranie wody. Spalona Noc. Morpheus Longbottom.
Pani Mulciber zacisnęła usta święcie przekonana, że oto właśnie mugol nieświadomie podsunął rozwiązanie na wszelkie bolączki jej ministarialnego świata. Ktoś tu wiedział, nie powiedział, se posiedzi z dziesięć lat.
Zabolało.
Wcale niemagicznym nie współczuła. Nie współczuła im pozycji jaką zajmowali w świecie, który robił wszystko by ich chronić. Wyzbyła się tego przez lata pracy w Ministerstwie. Ich niewiedza była największą z łask jaką czarodzieje mogli niemagicznym kiedykolwiek ofiarować. Czym były czołgi przeciwko zaklęciom, czym marne wojska przeciwko szatańskiej pożodze? Gdyby nie święte Prawo Czarodziejów poplecznicy Voldemorta czy Grindenwalda wcale nie musieliby nosić masek.
A oni wciąż byli tacy… niewdzięczni. Tacy słabi. Tacy żałośni.
A teraz… Morpheus Longbottom miast bronić swoich, chronił ich? Gdzie był, gdy płonęła Pokątna? Little Hangleton? Warownia?
Pierdolony zdrajca własnego gatunku.
- Jakie to szczęście dla Doliny.- Powiedziała wreszcie. Spojrzenie, pozbawione w tym momencie jakichkolwiek ciepłych uczuć czy oznak rozbawienia miała utkwione w Aaronie. Badała go. Sprawdzała. Ciężar odkrycia osiadł nagle na jej ramionach, zdawał się być wyczuwalny w całym pomieszczeniu.- Prawdziwy jasnowidz z Pana Longbottoma. Naprawdę szkoda, że nie zrobił z tego ogólnokrajowej akcji. Może i nas w Londynie, by ta jego intuicja uratowała.
Każde jedno słowo zostało wypowiedziane z uprzejmością na jaką potrafią zdobyć się tylko zaprawieni w bojach i debatach politycy, gdy kiwając głowami oświadczają, że zależy im przede wszystkim na dobru ogółu społeczeństwa. Szkoda tylko, że Lorien Mulciber aż pobladła ze złości. Ale nawet twarz blondwłosego anioła, którą przyjęła na ten krótki poranek niewiele się zdała, gdy przywary pozostały takie same. Przechyliła tylko powoli głowę, ujmując Aarona za dłoń i wpijając krótkie paznokcie dotkliwie w jego skórę.
Wiedziałeś?
Niewypowiedziane pytanie zawisło między nimi jak topór kata, który tylko z utęsknieniem czeka na egzekucję. W myślach powiesiła już Longbottoma. Moody miał być następny i na nic zdały się wszelkie zmiany tematu. Jak na razie obstawiała, że wszyscy tutaj obecni szybko stracą głowy jeśli sprawa z cholerną wodą się nie wyjaśni.
W końcu uznała, że starczy tej szopki.
Wójt i biskup wyglądali jakby zaraz się mieli pobić, a ona nie obstawiała w walkach kogutów.
Zsunęła z palca jeden ze swoich drogocennych pierścionków. Puściła go na blat, gdzie zakręcił się kilka razy, nim ciężarem naturalnego kamienia wytracił pęd i zatrzymał się z cichym stuknięciem. Przeglądała się przez chwilę w połyskującym rubinie.
- Dla Claudii. Na otarcie łez.
Poczuła jak Aaron odsuwa jej krzesło, gdy tylko zdecydowała się podnieść od stolika. Wsparła się na aurorze nieco mocniej. Mieli jeszcze sporo do załatwienia, a zbawienne działanie eliksiru wzmacniającego powoli ustępowało. Zresztą czekała ich jeszcze poważna rozmowa po drodze.
Ona jeszcze mogła się zacząć unosić. Jak na razie to była całkiem spokojna. Każdy kto Lorien lepiej znał niźli tylko z widzenia, rozróżnić potrafił też całkiem nieźle stopnie jej podirytowania. Czasami drgała jej tylko powieka - zazwyczaj, gdy jeden z drugim stażysta zadał jakieś wyjątkowo głupie pytanie albo Harry pojawił się w zasięgu wzroku. Potem pojawiało się głębokie westchnięcie - resztki zrozumienia dla idiotyzmu ulatywały wraz z nim z płuc. Podirytowana do granic możliwości Lorien… wyglądała z kolei jak swoja matka. Tak samo nieprzystępna dla ubogich śmiertelników.
Dlatego teraz w milczeniu odwróciła głowę w stronę krzykacza. Zacisnęła usta pełna niedowierzania i dezaprobaty; uniosła dłoń do góry niemo dając czerwonemu ze złości wójtowi znać, że już czas się zamknąć. A przynajmniej dała mu jeszcze parę cennych sekund, żeby skorzystał z przysługującego mu prawa do zachowania milczenia. Nie skorzystał. Jaka szkoda.
Nie zamierzała się kłócić. Kłótnia co do zasady wymagała emocjonalnego zaangażowania, którego wcale nie zamierzała okazywać.
Nie musiała się zresztąodzywać, bo jej ukochany ministerialny pies zerwał się z łańcucha. Zamiast samej się unosić i wykłócać z tą niższą formą społeczną jaką był mugol, po prostu upiła swojej herbaty. A że była jeszcze za gorzka to dodała do niej kolejnej łyżeczki cukru.
- Jestem wójtem.
- To dopiero… rozczarowująca informacja.- Oznajmiła spokojnie. Wybaczenia nie otrzymał.- Najwyraźniej każdy może się dopchać tu do stołka.
Poruszyła palcami w powietrzu, zaledwie cal nad blatem stolika. Próbowała strzepnąć z opuszków nagłą potrzebę rzucenia uroku. Jakie to byłoby proste - sprawić, żeby problem z chamem sam się rozwiązał. Przez przypadek upuściłby swój samogon, odpalił jedną zapałkę od drugiej i puff - ogień murowany. Był wójt, nie ma wójta. Może ucierpiałby ten obraz, co to go lubiła gospodyni i parę szafek, ale to zawsze można było odkupić. Rytualne samospalenia w obronie lokalnej społeczności nie były może oficjalnie praktykowane, ale czy było coś lepszego od oddolnej inicjatywy?
Ostatecznie różdżka pozostała bezpiecznie ukryta w rękawie, a wójt jak stał tak stał. Żal, że przestał wymachiwać łapami. Jeszcze by sobie oko wybił.
Zaraz zresztą zaczął dyskutować o wodzie i biskupie. Dyskusja co prawda przypominała monolog, bo nikt z pozostałych nie kwapił się do rozmowy z awanturnikiem, ale co się dowiedziała to jej.
Zdarzało się Lorien, ot jak większości czystokrwistych paniątek, żyć pod przysłowiowym kamieniem. A że Dolina Godryka z sadami i jarmarkami, sama w sobie nieszczególnie ją interesowała, toteż omijały ją wszelkie małomiasteczkowe wymysły. I to najwyraźniej był absurdalny błąd.
Zbieranie wody. Spalona Noc. Morpheus Longbottom.
Pani Mulciber zacisnęła usta święcie przekonana, że oto właśnie mugol nieświadomie podsunął rozwiązanie na wszelkie bolączki jej ministarialnego świata. Ktoś tu wiedział, nie powiedział, se posiedzi z dziesięć lat.
Zabolało.
Wcale niemagicznym nie współczuła. Nie współczuła im pozycji jaką zajmowali w świecie, który robił wszystko by ich chronić. Wyzbyła się tego przez lata pracy w Ministerstwie. Ich niewiedza była największą z łask jaką czarodzieje mogli niemagicznym kiedykolwiek ofiarować. Czym były czołgi przeciwko zaklęciom, czym marne wojska przeciwko szatańskiej pożodze? Gdyby nie święte Prawo Czarodziejów poplecznicy Voldemorta czy Grindenwalda wcale nie musieliby nosić masek.
A oni wciąż byli tacy… niewdzięczni. Tacy słabi. Tacy żałośni.
A teraz… Morpheus Longbottom miast bronić swoich, chronił ich? Gdzie był, gdy płonęła Pokątna? Little Hangleton? Warownia?
Pierdolony zdrajca własnego gatunku.
- Jakie to szczęście dla Doliny.- Powiedziała wreszcie. Spojrzenie, pozbawione w tym momencie jakichkolwiek ciepłych uczuć czy oznak rozbawienia miała utkwione w Aaronie. Badała go. Sprawdzała. Ciężar odkrycia osiadł nagle na jej ramionach, zdawał się być wyczuwalny w całym pomieszczeniu.- Prawdziwy jasnowidz z Pana Longbottoma. Naprawdę szkoda, że nie zrobił z tego ogólnokrajowej akcji. Może i nas w Londynie, by ta jego intuicja uratowała.
Każde jedno słowo zostało wypowiedziane z uprzejmością na jaką potrafią zdobyć się tylko zaprawieni w bojach i debatach politycy, gdy kiwając głowami oświadczają, że zależy im przede wszystkim na dobru ogółu społeczeństwa. Szkoda tylko, że Lorien Mulciber aż pobladła ze złości. Ale nawet twarz blondwłosego anioła, którą przyjęła na ten krótki poranek niewiele się zdała, gdy przywary pozostały takie same. Przechyliła tylko powoli głowę, ujmując Aarona za dłoń i wpijając krótkie paznokcie dotkliwie w jego skórę.
Wiedziałeś?
Niewypowiedziane pytanie zawisło między nimi jak topór kata, który tylko z utęsknieniem czeka na egzekucję. W myślach powiesiła już Longbottoma. Moody miał być następny i na nic zdały się wszelkie zmiany tematu. Jak na razie obstawiała, że wszyscy tutaj obecni szybko stracą głowy jeśli sprawa z cholerną wodą się nie wyjaśni.
W końcu uznała, że starczy tej szopki.
Wójt i biskup wyglądali jakby zaraz się mieli pobić, a ona nie obstawiała w walkach kogutów.
Zsunęła z palca jeden ze swoich drogocennych pierścionków. Puściła go na blat, gdzie zakręcił się kilka razy, nim ciężarem naturalnego kamienia wytracił pęd i zatrzymał się z cichym stuknięciem. Przeglądała się przez chwilę w połyskującym rubinie.
- Dla Claudii. Na otarcie łez.
Poczuła jak Aaron odsuwa jej krzesło, gdy tylko zdecydowała się podnieść od stolika. Wsparła się na aurorze nieco mocniej. Mieli jeszcze sporo do załatwienia, a zbawienne działanie eliksiru wzmacniającego powoli ustępowało. Zresztą czekała ich jeszcze poważna rozmowa po drodze.