To był ten dzień, w którym było widać, że niektóre momenty potrafiły wyprowadzić Victorię z równowagi. Że nawet tak dystyngowana dama jak ona (a przynajmniej chciała do takiej aspirować, pewne rzeczy, wpojone jej gdy była jeszcze dzieckiem, były od niej silniejsze), czasami nie była w stanie się powstrzymać, i przeklinała siarczyście. A wcale nie chciała się od takiej strony pokazywać Christopherowi – by pomyślał sobie o niej, jak o jakiejś nieokrzesanej dzikusce. Gdyby Lestrange miała się utożsamiać z jakimś żywiołem, to byłaby to stateczna, spokojna, życiodajna ziemia; racjonalna, niewzruszona… ale w głębi ducha wiedziała przecież, że ogień również jest jej bardzo bliski. I na co dzień może i nie była wybuchowa czy temperamentna, a potem przychodziły takie chwile jak ta i można było się zastanowić: jak to z nią rzeczywiście jest?
– Ja wypiję. Ale ten serwis idzie do utylizacji. Już mi się nie podoba, nie potrzebuję jednak wersji na zmianę, tem drugi jest ładniejszy – warknęła, nie dlatego, że była zła na Chrisa, absolutnie nie! Jej złość skierowana była na ten cały bajzel, przeklęty serwis i sklep z antykami, który jej go opchnął. Christopherowi była autentycznie wdzięczna, że tak bronił jej małego kota, który był trochę oczkiem w głowie, bo opieka nad puszystym, mruczącym dzieciaczkiem, w pewien sposób ją uzdrowiła w najczarniejszym momencie życia.
Przynajmniej poradzili sobie z imbrykiem i filiżankami. A to, że to jeszcze nie był koniec, napędzało palącą złość Victorii. Najpewniej nie byłaby tak wściekła, gdyby to nie działo się w jej domu i nie byłby to serwis, który sama sobie kupiła tylko dlatego, że jej się spodobał.
Teraz nie rozumiała już w ogóle, co w nim było takiego ładnego.
– Cokolwiek na nich ciąży, to jest irytująco wytrzymałe – rzuciła, widząc, że kolejna próba rzucenia zaklęcia na porcelanę nie dawała zadowalającego efektu – i tak było i w wykonaniu Christophera i w jej, a była przecież doświadczona w takich pojedynkach, gdy trzeba było bardzo szybko bronić się i atakować. Część zaklęć nie wychodziła, część jakby była za słaba…
– Popierdoli mnie zaraz – syknęła pod nosem, widząc, że dzbanuszek (z zębami) uwiesił się na firanie i właśnie ją targał, a szło mu to lepiej niż kocim pazurkom. Zadyndał zaraz, jakby to była huśtawka, co tak rozsierdziło Victorię, bo te cholerne naczynia robiły sobie z jej salonu plac zabaw. Ale większy przeciwnik był w natarciu i nie mogła się wyzłośliwiać na dzbanuszku, bo oto cukiernica zbliżała się niebezpiecznie, kłapiąc szczypcami i pokrywką. Chrisowi udało się utrzymać ją w odległości, co spowodowało, że cukier zabrzęczał w środku.
A Victoria spróbowała rozsadzić ją na kawałki. Bo niekoniecznie chciała się przekonać, czy szczypce pozostawione samopas przypadkiem nie będą próbowały zacisnąć im się na nosie.
// Kształtowanie ◉◉◉◉○
Słaby sukces...