01.09.2026, 03:05 ✶
Zanim zdążyłem wrócić do formy i spytać ją, z czego była taka zadowolona, usłyszałem prawdopodobnie najpiękniejsze słowa, jakie tylko mogły poprzedzić wręczenie mi najlepszego prezentu, o którym tylko mogła być mowa - chyba pierwszy raz od momentu teleportacji poczułem coś, co przypominało autentyczną wdzięczność wobec losu, który najwyraźniej po całym tym gównie postanowił jednak dać mi jakąś nagrodę pocieszenia. Przez chwilę patrzyłem na obie butelki, próbując przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz znajdował się przede mną tak oczywisty wybór między dwoma potencjalnie bardzo złymi decyzjami - absynt w jednej dłoni i wino w drugiej wyglądały wyjątkowo zachęcająco, zwłaszcza że moje kubki smakowe nadal czuły posmak, którego nie życzyłbym nawet komuś, kogo naprawdę nie lubiłem, co prawda rozsądek podpowiadał mi, że jeśli właśnie przed chwilą wyrzuciłem z siebie zawartość żołądka, to wlanie do niego czystego alkoholu mogło nie być najlepszym sposobem na odzyskanie zdrowia, aczkolwiek… Z drugiej strony nigdy nie uważałem się za człowieka szczególnie rozsądnego, a w obecnej sytuacji miałem dodatkowo bardzo dobry argument w postaci dwóch eleganckich podarunków z zagranicy przywiezionych specjalnie dla mnie, które nie mogły przecież obciążać plecaka Rudej, skoro przyszliśmy tu zbierać chrust na sabat. Wino wydawało mi się logiczniejszym wyborem, ale wszelka logika zdążyła zawieść mnie już dzisiaj przynajmniej kilka razy, więc nie widziałem powodu, żeby nagle zacząć mu ufać, spojrzałem więc na Heather, potem znowu na alkohole i w końcu wyciągnąłem rękę w kierunku tej części suwenirów, której zawartość miała zdecydowanie większe szanse wypalić mi język, gardło oraz wszelkie wspomnienia związane z ostatnimi pięcioma minutami.
- Ten. - Nie musiała ponownie pytać, nie zamierzałem, oczywiście, wypić od razu połowy butelki, bo nawet moje zdolności autodestrukcyjne miały jakieś granice, a poza tym bardzo chciałem uniknąć sytuacji, w której za pięć minut oboje musielibyśmy po raz kolejny czyścić sobie buty, ale mogłem pociągnąć łyczek bądź dwa. - Dzięki. - Tym razem powiedziałem to już normalnie, bo skoro była na tyle przytomna, żeby przywieźć mi absynt do Lasu Wisielców, to mogłem zdobyć się na dwie sylaby wdzięczności bez udawania, że było to dla mnie fizycznie niemożliwe.
- A co do tego… - Dodałem, wskazując na niego butelką, po czym pociągnąłem z niej pierwszy, od razu bardzo odważny łyk, paliło, ale w tym momencie zdecydowanie nie była to kara. - Nie mam pojęcia, co tam masz, ale skolo tak mówisz, uwiesz mi na słowo, sze balso chcę je kiedyś zobaczyś. Tylko nie dzisiaj. Soleczka. - Dopiero wtedy rozejrzałem się po okolicy, zwracając uwagę przede wszystkim na rozpościerający się przed nami las, który przez cały ten czas cierpliwie czekał, aż przestaniemy zajmować się własnymi żołądkami i wreszcie przypomnimy sobie, po co właściwie tutaj przyszliśmy. Mgła nadal wisiała nisko nad ziemią, gałęzie drzew splatały się nad nami, trzeszcząc w porywach wiatru, a wilgotna ściółka uginała się pod ciężarem butów, które jeszcze kilka minut temu były czyste i niewinne. Uniosłem butelkę absyntu i wskazałem nią przed siebie - mogliśmy ruszać…
- Ten. - Nie musiała ponownie pytać, nie zamierzałem, oczywiście, wypić od razu połowy butelki, bo nawet moje zdolności autodestrukcyjne miały jakieś granice, a poza tym bardzo chciałem uniknąć sytuacji, w której za pięć minut oboje musielibyśmy po raz kolejny czyścić sobie buty, ale mogłem pociągnąć łyczek bądź dwa. - Dzięki. - Tym razem powiedziałem to już normalnie, bo skoro była na tyle przytomna, żeby przywieźć mi absynt do Lasu Wisielców, to mogłem zdobyć się na dwie sylaby wdzięczności bez udawania, że było to dla mnie fizycznie niemożliwe.
- A co do tego… - Dodałem, wskazując na niego butelką, po czym pociągnąłem z niej pierwszy, od razu bardzo odważny łyk, paliło, ale w tym momencie zdecydowanie nie była to kara. - Nie mam pojęcia, co tam masz, ale skolo tak mówisz, uwiesz mi na słowo, sze balso chcę je kiedyś zobaczyś. Tylko nie dzisiaj. Soleczka. - Dopiero wtedy rozejrzałem się po okolicy, zwracając uwagę przede wszystkim na rozpościerający się przed nami las, który przez cały ten czas cierpliwie czekał, aż przestaniemy zajmować się własnymi żołądkami i wreszcie przypomnimy sobie, po co właściwie tutaj przyszliśmy. Mgła nadal wisiała nisko nad ziemią, gałęzie drzew splatały się nad nami, trzeszcząc w porywach wiatru, a wilgotna ściółka uginała się pod ciężarem butów, które jeszcze kilka minut temu były czyste i niewinne. Uniosłem butelkę absyntu i wskazałem nią przed siebie - mogliśmy ruszać…
Koniec sesji
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)