Roześmiała się, kiedy Cameron wspomniał o bukiecie, który mu wysłała. Fakt, normalnie raczej działało to w drugą stronę, ale kto w ogóle wymyślił, że to kobiety zawsze miały dostawać kwiaty? Łamała te stereotypy, tak jak i wiele innych, Ruda taka już była, że nie bała się podążać własną drogą. - Skoro tak mówisz, to coś Ci podeślę, niech personel ma o czym plotkować. - Miała świadomość, jak to bywa w miejscach, gdzie pracuje sporo osób, tylko czekano na powód do tego, aby móc szepnąć słówko, lub dwa na temat swoich współpracowników.
- Tak, na pewno będę pracowała w Samhain, po tym nieszczęsnym Beltane wolą dmuchać na zimne, oby ten sabat był spokojniejszy niż tamten. - Beltane nie skończyło się dla niej najlepiej. Doszło do trudnego starcia ze śmierciożercami, Ruda wylądowała w Mungu, niekoniecznie chciała to powtarzać, bo nie znosiła siedzieć w zamknięciu. Musiała więc postarać się o to, by tym razem nawet jeśli dojdzie do walki zakończyć to w inny sposób. - Chętnie więc przetestuję Twoje wyroby, zdam Ci pełen raport z tego, jak się sprawdzają. - Może to zbyt wiele powiedziane, bo Heath raczej nie należała do osób, które poświęcały sporo czasu na pisanie wymyślnych notatek, jednak na pewno opowie mu wszystko ze szczegółami, gdy wróci do domu. Była idealnym obiektem doświadczalnym.
Cieszyło ją to, że Cameron akceptował to, jaką drogą podążała. Nie kłócił się z nią o jej prace, o to, że zdarzało jej się ryzykować życie, zamiast tego szukał sposobu w jaki mógł jej pomóc. To było naprawdę pokrzepiające, nie musiała się przejmować tym, że gdy wróci do domu będzie miał do niej pretensje o to w jakim stanie wróciła, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jej praca niosła ze sobą ryzyko, nie wymagał, aby ją zmieniła.
- Myślę, że faktycznie to dobry pomysł. - Na pewno nie zabierze wszystkiego, ale mogliby zabrać stąd nieco jej szpargałów. W końcu wreszcie razem zamieszkali, Cameron miał niesamowite szczęście z tą loterią.
Gdy tylko znaleźli się w środku mieszkania Woodów pojawiła się Elizabeth, co nie było wcale takie oczywiste, bo dość często bywała poza granicami kraju. Przywitała ich jak zawsze - ciepło i wylewnie, przytuliła na powitanie, tak już miała. Zresztą należała do tych osób, które raczej były bardzo proste w obyciu.
- Nie musieliście… - Przewróciła jeszcze oczami. Prezenty, kto to widział, obeszło by się bez nich. - Dziękuję za troskę, na pewno będą smaczne, pozwolicie, że pójdę je zanieść? - Przejęła skrzyneczkę od Lupina i poszła do kuchni, gdzie trzymała ich domowy zapas eliksirów.
- Wiesz, że ona Cię lubi i bez tego, zawsze byłeś jej ulubionym moim kolegą? - Odezwała się do Camerona. Trudno, żeby było inaczej, skoro był najbardziej odpowiedzialny z ich całej paczki, nie wątpiła w to, że Liz nie mogła sobie wymarzyć bardziej odpowiedniego narzeczonego dla swojej córki.