Te ostatnie kilka dni, gdy była poza wykopaliskami i kręciła się po różnych częściach Wielkiej Brytanii, bardzo jej pomogły. To nie tak, że minęły trzy dni i już wszystko sobie poukładała w głowie, ale najwyraźniej pobycie sama ze sobą w jakiś sposób ułatwiło połączenie tych części w jej głowie, które były w rozsypce po śmierci pradziadka i całkowitym obudzeniu się jej trzeciego oka. Nie panowała nad tym w żadnej mierze, ale przynajmniej zdołała wypracować sobie jakiś wstępny plan postępowania. Każdego z tych dni zaglądała do ostoi dla zwierząt, gdzie przynajmniej przez jakiś czas pomagała przy zwierzakach, upewniała się, że głupia, znikająca runa nadal tam jest i nie można tam spać… i na noc wracała do Walii.
Głównie dlatego tego dnia w ogóle wiedziała, że dzieje się coś, co jednak wymaga, by została, a nie uciekała, by pobyć jeden na jeden ze swoim pogubionym ja. Już od rana miała jakieś takie dziwne przeczucia dotyczące gwoździ i Samhain i zdążyła tylko napisać jeden list do znajomej, nim ktoś (zapewne Nell albo Cathal) wpadł do jej namiotu powiedzieć, że mają situejszyn i że przydałaby się pomoc.
A tak się składało, że Guinevere nie umiała odmawiać znajomym. W większości to nawet nie chciała.
I może mieli szczęście, a może było to zrządzenie losu, że przeciągała swój poranek, zanim zniknęła z obozu, bo rzeczywiście sprawa była… Chaos to mało powiedziane. Cieszyła się, że wypiła swoją poranną kawę, bo bez tego chyba rozbolałaby ją głowa, jak zobaczyła typa porastającego korą.
Starała się go nie dotykać, bo nie miała pojęcia, jak się ta dziwna… choroba roznosi. Więc mierzyła do Dominica z różdżki, stojąc półtorej metra przed nim (a uprzednio kilka razy obchodziła go dookoła i próbowała jakoś powstrzymać magię, która sprawiała, że porastał i zamieniał się w ludzkie drzewo). Za każdym razem udawało jej się to tylko na chwilę, ale prawda była taka, że McGonagall nie była specjalnie wytrenowana w magii rozpraszania, a teraz próbowała zrobić coś innego – odwrócić transmutacją zmianę w stan wyjściowy.
– Nie wiem, spróbuj się nie wyrywać, bo nie chcę, żebyś coś sobie przypadkiem złamał albo naderwał – powiedziała z tym swoim wyraźnym akcentem, który nikogo już tutaj chyba nie dziwił, bo przez te kilka miesięcy zdołali się przyzwyczaić. Długie ciemne włosy miała odrzucone na plecy. – Będziemy się nad tym zastanawiać, jak już przestaniecie się zmieniać w las – dodała i w skupieniu wykonała jakiś skomplikowany gest ręką dzierżącą różdżkę pokrytą licznymi hieroglifami.
Gdzieś za jej plecami zadźwięczał charakterystyczny trzask teleportacji, ale nie miała teraz czasu się odwracać przez ramię, bo próbowała odmienić pokryte korą dłonie Dominica.
// Transmutacja ◉◉◉◉○
Słaby sukces...