27.08.2026, 21:08 ✶
— Zostajesz w tyle, fy anwylyd! — wołała do niego co pewien czas, nie zwalniając kroku ani na moment. — Za bardzo patrzysz pod nogi. Podnieś głowę. Ziemia się nie zmieni. Niebo już tak! — swoboda, z jaką wypowiada te słowa, nie zdawała się nie licować z surowością krajobrazu. W Rowle pobrzmiewała radość tak szczera i niepohamowana, że prawie dziecięca. Wiatr szarpał jej włosami, rozwiewając je na wszystkie strony, a chłód barwił policzki delikatnym karminem. W oczach kobiety lśniło coś, czego Icarus nie oglądał u niej od wielu tygodni — żywy, psotny blask, który sprawiał, że wydawała się młodsza oraz… beztroska.
Wystarczyło kilka godzin marszu, aby rzeczy, które jeszcze o poranku przedstawiały się jako sprawy najwyższej wagi, poczęły blednąć. Listy mogły zaczekać. Poza tym, góry nie znały ludzkich tytułów. Nie interesowało ich, czy przed nimi szedł lord, włóczęga, uczony czy człowiek, który zwyczajnie pomylił drogę. Nie czyniły różnicy pomiędzy smokologiem a pasterzem. Wymagały tylko pokory, a październik przypominał kobiecie o tym doskonale. Mona zatrzymała się wreszcie na wąskiej, kamienistej ścieżce. Oparła dłoń o chłodny głaz i spojrzała przed siebie.
— Był bystry, jeśli rzecz tyczyła się skał. Mniej bystry, jeśli rzecz tyczyła się smoków. Gdyby zbadał ślady lodowca na wschodnim grzbiecie, niewątpliwie dostrzegłby rysy pozostawione przez pazury. Głębsze niż mógłby uczynić je jakikolwiek lód. Należały do naszych walijskich zielonych z ostatniego okresu lęgowego zanim utworzono rezerwat. Jeśli mnie pamięć nie myli… był to chyba któryś z lat sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku. Chociaż… — powiedziała, niepewnie czerpiąc ze swojej wiedzy, którą niegdyś pożerała tomami. Wnioski Darwina o lodowcach były w tamtych czasach dość kontrowersyjne, ale ostatecznie miał rację. To miejsce było idealnym laboratorium geologicznym. — Być może mylę dekadę.
Mona przesunęła wzrokiem po zboczu.
— Mój ojciec zabrał mnie tutaj, kiedy miałam dziewięć lat. Pozwolił mi podejść do mojego pierwszego gniazda — skinęła głową w stronę stromych, północnych klifów, gdzie cienie zalegały głęboko i zimno. — Czarny hebrydzki. Para w okresie lęgowym.
Bardzo ciekawie prezentowała się jej garderoba. Ciepłą kurtkę wyciągnęła z najdalszego kąta garderoby. Nie pamiętała nawet, do kogo pierwotnie należała. Podejrzewała, że kiedyś była własnością któregoś z kuzynów, lecz ponieważ nikt jej od lat nie szukał, Mona uznała ją za rzecz całkowicie porzuconą i tym samym należącą do niej. Sweter znalazła pod stosem zimowych ubrań. Spodnie natomiast… Cóż. Spodnie stanowiły zagadnienie, którego sama wolała nie roztrząsać. Były odrobinę za duże, dlatego pasek zacisnęła do granic możliwości. Podejrzewała, że należały niegdyś do jej ojca, ale przezornie nie zamierzała go o to pytać. Istniała granica pomiędzy rozsądnym przygotowaniem do wyprawy a przyznaniem się rodzinie, że własną garderobę górską skompletowało się metodą przypadkowego rabunku domowych szaf.
— Jak się czujesz? Niedaleko już do punktu widokowego. Stamtąd zobaczysz całą kotlinę i jezioro. Warto się pomęczyć. Poza tym, chcę ci coś pokazać. Coś, co może cię zainteresować.
Wystarczyło kilka godzin marszu, aby rzeczy, które jeszcze o poranku przedstawiały się jako sprawy najwyższej wagi, poczęły blednąć. Listy mogły zaczekać. Poza tym, góry nie znały ludzkich tytułów. Nie interesowało ich, czy przed nimi szedł lord, włóczęga, uczony czy człowiek, który zwyczajnie pomylił drogę. Nie czyniły różnicy pomiędzy smokologiem a pasterzem. Wymagały tylko pokory, a październik przypominał kobiecie o tym doskonale. Mona zatrzymała się wreszcie na wąskiej, kamienistej ścieżce. Oparła dłoń o chłodny głaz i spojrzała przed siebie.
— Był bystry, jeśli rzecz tyczyła się skał. Mniej bystry, jeśli rzecz tyczyła się smoków. Gdyby zbadał ślady lodowca na wschodnim grzbiecie, niewątpliwie dostrzegłby rysy pozostawione przez pazury. Głębsze niż mógłby uczynić je jakikolwiek lód. Należały do naszych walijskich zielonych z ostatniego okresu lęgowego zanim utworzono rezerwat. Jeśli mnie pamięć nie myli… był to chyba któryś z lat sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku. Chociaż… — powiedziała, niepewnie czerpiąc ze swojej wiedzy, którą niegdyś pożerała tomami. Wnioski Darwina o lodowcach były w tamtych czasach dość kontrowersyjne, ale ostatecznie miał rację. To miejsce było idealnym laboratorium geologicznym. — Być może mylę dekadę.
Mona przesunęła wzrokiem po zboczu.
— Mój ojciec zabrał mnie tutaj, kiedy miałam dziewięć lat. Pozwolił mi podejść do mojego pierwszego gniazda — skinęła głową w stronę stromych, północnych klifów, gdzie cienie zalegały głęboko i zimno. — Czarny hebrydzki. Para w okresie lęgowym.
Bardzo ciekawie prezentowała się jej garderoba. Ciepłą kurtkę wyciągnęła z najdalszego kąta garderoby. Nie pamiętała nawet, do kogo pierwotnie należała. Podejrzewała, że kiedyś była własnością któregoś z kuzynów, lecz ponieważ nikt jej od lat nie szukał, Mona uznała ją za rzecz całkowicie porzuconą i tym samym należącą do niej. Sweter znalazła pod stosem zimowych ubrań. Spodnie natomiast… Cóż. Spodnie stanowiły zagadnienie, którego sama wolała nie roztrząsać. Były odrobinę za duże, dlatego pasek zacisnęła do granic możliwości. Podejrzewała, że należały niegdyś do jej ojca, ale przezornie nie zamierzała go o to pytać. Istniała granica pomiędzy rozsądnym przygotowaniem do wyprawy a przyznaniem się rodzinie, że własną garderobę górską skompletowało się metodą przypadkowego rabunku domowych szaf.
— Jak się czujesz? Niedaleko już do punktu widokowego. Stamtąd zobaczysz całą kotlinę i jezioro. Warto się pomęczyć. Poza tym, chcę ci coś pokazać. Coś, co może cię zainteresować.
Sweet, mourning lamb
There's nothing you can do
Bound to suffering eternal through
the sins of their fathers committed
long before their conception
There's nothing you can do
Bound to suffering eternal through
the sins of their fathers committed
long before their conception