• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Wokół Magicznych Dzielnic [01.10.72] Where the wild roses grow | Edith, Gareth

[01.10.72] Where the wild roses grow | Edith, Gareth
cythryblus
Angel pen ffordd, diawl pen tân
wiek
35
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
uzdrowiciel
Ma bladą, niepokochaną przez słońce, za to gęsto obsypaną piegami, cerę. Oczy jasne, zielonoszare, osadzone głęboko pod ciężkim łukiem brwiowym, przez co nawet neutralne spojrzenie wygląda na foch i pretensję. Miękczą je jedynie rzęsy, gęste i dłuższe niż wypadałoby chłopu tej postury. Nos długi, ze śladem po dawnym złamaniu, którego nikt mu porządnie nie nastawił. Zarost zazwyczaj nosi krótki i nierówny, goli się na specjalne okazje. Włosy sięgają obojczyków, falują nieprzewidywalnie i wiecznie wchodzą w twarz; związuje je do pracy i w pogodę, która ciska w usta więcej niż dziesięć przekleństw na minutę. Jest szeroki w barach i mierzy ponad sześć stóp wzrostu. Buciory, których nie zdejmuje właściwie nigdy, dokładają mu nie tylko parę cali, ale i za dużo hałasu, bo słychać go w korytarzu na długo, zanim się pojawi. Chodzi ciężko i pewnie, z lekkim przechyłem na prawą stronę, pamiątką po czymś, o czym nie opowiada.

Gareth Rowle
#8
26.08.2026, 01:15  ✶  
Ciekawy pokaz magii.
Gareth powoli wyprostował się nad taflą i patrzył na nią — nie na wodę, na nią, przez te dwa pełne takty, o które wcześniej zabiegał. Edith widziała to samo co on. Kobietę o czarnych włosach, gest, płatek, wszystko co z jednego momentu z prawdziwego, przemieniło się we wspomnienie. Ale jej jedynym wnioskiem było: transmutacja, żart, może Lestrange'owie. A może on sam, na kolanie przy stawie, rzucający iluzje na publiczną sadzawkę dla dwudziestolatków o zimnych oczach.
Poczuł coś pomiędzy obrazą, zawodem i rozbawieniem, ale odłożył to sobie na później, bo pierwsza reakcja była ważniejsza i już się dokonała — nie przestraszyła się. W ogóle. Ani drgnęła. A on stał tuż obok, wielki, rudy, śmierdzący tytoniem, po tym, jak własnym językiem obiecał jej potwory i pokazał w wodzie kobietę ostrzegającą ręką — a Rookwoodówna mrużyła oczy z miną widza teatru lalkowego. Oddech miała równy, barki luźne. Dłoń rozluźnioną, chociaż chwilę wcześniej szukała sił (rzekomo żartobliwie) na jego wrzucenie do wody.
Czyli jedno z dwóch… Albo miała nerwy hartowane czymś, czego nie chciał znać, albo obejrzała, zarejestrowała i odpuściła, jak panna, który świat traktowała niczym wystawę sklepową.
Obie wersje mu się zarówno podobały jak i nie podobały.
— Nie ja to zrobiłem — przyznał w końcu, spokojnie, bo tłumaczyć się przed nikim nie musiał, a jednak właśnie się tłumaczył. Bez dowodów. — Lestrange… nie są znani z wyrafinowanego poczucia humoru.
Ciekawe, że ich wspomniała, bo on sam nie wyłapał żadnego powiązania. Czyżby wodna zjawa była kimś z ich rodu? Istniała opcja, że ujrzała coś innego, ale w nią wierzyć, z całą upartością swoich trzewi, nie chciał.
— Panno Rookwood. — Głos mu się wyrównał, wróciła warstwa, której używał przy ludziach kłamiących o tym, jak doszło do urazu odbytu — widziała pani to samo, co ja. Kobietę. Gest. Wiem, bo patrzyła pani na taflę dokładnie tak długo, jak trzeba, żeby zobaczyć. I teraz zgadul zgadula, albo to trik, którego sprawca chodzi po tym ogrodzie w szalenie dobrym humorze, albo… to coś innego.
Zaciągnął się resztą papierosa (który to już z kolei?) i rzucił pet w wodę, czego normalnie by nie zrobił, ale chciał zobaczyć, co się stanie. Pet dotknął tafli i stanął na niej. Nie popłynął, nie zamókł — stał, jakby woda pod nim zesztywniała na moment, po czym zaczął się powoli zapadać, pionowo, jak kamień wrzucany w smołę.
— No i masz — mruknął w kierunku sadzawki.
Odwrócił się do Edith i pierwszy raz tej rozmowy uśmiechnął się bez wysiłku — krótko, krzywo, jak uśmiecha się do kolegi z dyżuru w szpitalu, kiedy obie strony wiedzą już, że noc będzie potworna i długa.
— Przyznam, mam słabość do takich sztuczek. Ale jeśli nie żart… — wzruszył ramionami — to ja bym sprawdził przed czym nas to coś ostrzega.
Zamilkł na chwilę. Ciszy w tym ogrodzie może i było za dużo, ale akurat tę uznał za pożyteczną.
— Może mi pani towarzyszyć w tym małym śledztwie… o ile pani mi wierzy, że to nie ja próbuję panią na coś naciągnąć.
Znów się uśmiechnął. Dokładnie tak, jak uśmiechali się wszyscy oszuści, bądź ci, co mieli niejedno za uszami.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Edith Rookwood (2171), Gareth Rowle (2828), Pan Losu (175)




Wiadomości w tym wątku
[01.10.72] Where the wild roses grow | Edith, Gareth - przez Gareth Rowle - 09.08.2026, 20:47
RE: [01.10.72] Where the wild roses grow - przez Pan Losu - 09.08.2026, 20:47
RE: [01.10.72] Where the wild roses grow - przez Edith Rookwood - 10.08.2026, 17:46
RE: [01.10.72] Where the wild roses grow - przez Gareth Rowle - 17.08.2026, 19:35
RE: [01.10.72] Where the wild roses grow - przez Edith Rookwood - 17.08.2026, 21:13
RE: [01.10.72] Where the wild roses grow - przez Gareth Rowle - 20.08.2026, 01:24
RE: [01.10.72] Where the wild roses grow - przez Edith Rookwood - 20.08.2026, 22:58
RE: [01.10.72] Where the wild roses grow - przez Gareth Rowle - 26.08.2026, 01:15
RE: [01.10.72] Where the wild roses grow - przez Edith Rookwood - 28.08.2026, 18:34
RE: [01.10.72] Where the wild roses grow | Edith, Gareth - przez Gareth Rowle - 07.09.2026, 22:51

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa