26.08.2026, 01:15 ✶
Ciekawy pokaz magii.
Gareth powoli wyprostował się nad taflą i patrzył na nią — nie na wodę, na nią, przez te dwa pełne takty, o które wcześniej zabiegał. Edith widziała to samo co on. Kobietę o czarnych włosach, gest, płatek, wszystko co z jednego momentu z prawdziwego, przemieniło się we wspomnienie. Ale jej jedynym wnioskiem było: transmutacja, żart, może Lestrange'owie. A może on sam, na kolanie przy stawie, rzucający iluzje na publiczną sadzawkę dla dwudziestolatków o zimnych oczach.
Poczuł coś pomiędzy obrazą, zawodem i rozbawieniem, ale odłożył to sobie na później, bo pierwsza reakcja była ważniejsza i już się dokonała — nie przestraszyła się. W ogóle. Ani drgnęła. A on stał tuż obok, wielki, rudy, śmierdzący tytoniem, po tym, jak własnym językiem obiecał jej potwory i pokazał w wodzie kobietę ostrzegającą ręką — a Rookwoodówna mrużyła oczy z miną widza teatru lalkowego. Oddech miała równy, barki luźne. Dłoń rozluźnioną, chociaż chwilę wcześniej szukała sił (rzekomo żartobliwie) na jego wrzucenie do wody.
Czyli jedno z dwóch… Albo miała nerwy hartowane czymś, czego nie chciał znać, albo obejrzała, zarejestrowała i odpuściła, jak panna, który świat traktowała niczym wystawę sklepową.
Obie wersje mu się zarówno podobały jak i nie podobały.
— Nie ja to zrobiłem — przyznał w końcu, spokojnie, bo tłumaczyć się przed nikim nie musiał, a jednak właśnie się tłumaczył. Bez dowodów. — Lestrange… nie są znani z wyrafinowanego poczucia humoru.
Ciekawe, że ich wspomniała, bo on sam nie wyłapał żadnego powiązania. Czyżby wodna zjawa była kimś z ich rodu? Istniała opcja, że ujrzała coś innego, ale w nią wierzyć, z całą upartością swoich trzewi, nie chciał.
— Panno Rookwood. — Głos mu się wyrównał, wróciła warstwa, której używał przy ludziach kłamiących o tym, jak doszło do urazu odbytu — widziała pani to samo, co ja. Kobietę. Gest. Wiem, bo patrzyła pani na taflę dokładnie tak długo, jak trzeba, żeby zobaczyć. I teraz zgadul zgadula, albo to trik, którego sprawca chodzi po tym ogrodzie w szalenie dobrym humorze, albo… to coś innego.
Zaciągnął się resztą papierosa (który to już z kolei?) i rzucił pet w wodę, czego normalnie by nie zrobił, ale chciał zobaczyć, co się stanie. Pet dotknął tafli i stanął na niej. Nie popłynął, nie zamókł — stał, jakby woda pod nim zesztywniała na moment, po czym zaczął się powoli zapadać, pionowo, jak kamień wrzucany w smołę.
— No i masz — mruknął w kierunku sadzawki.
Odwrócił się do Edith i pierwszy raz tej rozmowy uśmiechnął się bez wysiłku — krótko, krzywo, jak uśmiecha się do kolegi z dyżuru w szpitalu, kiedy obie strony wiedzą już, że noc będzie potworna i długa.
— Przyznam, mam słabość do takich sztuczek. Ale jeśli nie żart… — wzruszył ramionami — to ja bym sprawdził przed czym nas to coś ostrzega.
Zamilkł na chwilę. Ciszy w tym ogrodzie może i było za dużo, ale akurat tę uznał za pożyteczną.
— Może mi pani towarzyszyć w tym małym śledztwie… o ile pani mi wierzy, że to nie ja próbuję panią na coś naciągnąć.
Znów się uśmiechnął. Dokładnie tak, jak uśmiechali się wszyscy oszuści, bądź ci, co mieli niejedno za uszami.
Gareth powoli wyprostował się nad taflą i patrzył na nią — nie na wodę, na nią, przez te dwa pełne takty, o które wcześniej zabiegał. Edith widziała to samo co on. Kobietę o czarnych włosach, gest, płatek, wszystko co z jednego momentu z prawdziwego, przemieniło się we wspomnienie. Ale jej jedynym wnioskiem było: transmutacja, żart, może Lestrange'owie. A może on sam, na kolanie przy stawie, rzucający iluzje na publiczną sadzawkę dla dwudziestolatków o zimnych oczach.
Poczuł coś pomiędzy obrazą, zawodem i rozbawieniem, ale odłożył to sobie na później, bo pierwsza reakcja była ważniejsza i już się dokonała — nie przestraszyła się. W ogóle. Ani drgnęła. A on stał tuż obok, wielki, rudy, śmierdzący tytoniem, po tym, jak własnym językiem obiecał jej potwory i pokazał w wodzie kobietę ostrzegającą ręką — a Rookwoodówna mrużyła oczy z miną widza teatru lalkowego. Oddech miała równy, barki luźne. Dłoń rozluźnioną, chociaż chwilę wcześniej szukała sił (rzekomo żartobliwie) na jego wrzucenie do wody.
Czyli jedno z dwóch… Albo miała nerwy hartowane czymś, czego nie chciał znać, albo obejrzała, zarejestrowała i odpuściła, jak panna, który świat traktowała niczym wystawę sklepową.
Obie wersje mu się zarówno podobały jak i nie podobały.
— Nie ja to zrobiłem — przyznał w końcu, spokojnie, bo tłumaczyć się przed nikim nie musiał, a jednak właśnie się tłumaczył. Bez dowodów. — Lestrange… nie są znani z wyrafinowanego poczucia humoru.
Ciekawe, że ich wspomniała, bo on sam nie wyłapał żadnego powiązania. Czyżby wodna zjawa była kimś z ich rodu? Istniała opcja, że ujrzała coś innego, ale w nią wierzyć, z całą upartością swoich trzewi, nie chciał.
— Panno Rookwood. — Głos mu się wyrównał, wróciła warstwa, której używał przy ludziach kłamiących o tym, jak doszło do urazu odbytu — widziała pani to samo, co ja. Kobietę. Gest. Wiem, bo patrzyła pani na taflę dokładnie tak długo, jak trzeba, żeby zobaczyć. I teraz zgadul zgadula, albo to trik, którego sprawca chodzi po tym ogrodzie w szalenie dobrym humorze, albo… to coś innego.
Zaciągnął się resztą papierosa (który to już z kolei?) i rzucił pet w wodę, czego normalnie by nie zrobił, ale chciał zobaczyć, co się stanie. Pet dotknął tafli i stanął na niej. Nie popłynął, nie zamókł — stał, jakby woda pod nim zesztywniała na moment, po czym zaczął się powoli zapadać, pionowo, jak kamień wrzucany w smołę.
— No i masz — mruknął w kierunku sadzawki.
Odwrócił się do Edith i pierwszy raz tej rozmowy uśmiechnął się bez wysiłku — krótko, krzywo, jak uśmiecha się do kolegi z dyżuru w szpitalu, kiedy obie strony wiedzą już, że noc będzie potworna i długa.
— Przyznam, mam słabość do takich sztuczek. Ale jeśli nie żart… — wzruszył ramionami — to ja bym sprawdził przed czym nas to coś ostrzega.
Zamilkł na chwilę. Ciszy w tym ogrodzie może i było za dużo, ale akurat tę uznał za pożyteczną.
— Może mi pani towarzyszyć w tym małym śledztwie… o ile pani mi wierzy, że to nie ja próbuję panią na coś naciągnąć.
Znów się uśmiechnął. Dokładnie tak, jak uśmiechali się wszyscy oszuści, bądź ci, co mieli niejedno za uszami.