I zrobił tak, jak powinien, co Edith niesamowicie ucieszyło, bo właśnie tego od niego wymagała. Coś tam plótł po drodze, o tej biżuterii, co ją nosiła na kościstych nadgarstkach, że wszystko się spłoszy z tego powodu i tracą element zaskoczenia, ale czy było w tym ogrodzie coś, przed czym mieliby się ukrywać. No nie. Dlatego puszczała, każde kolejne jego słowo powyżej uszu — dużo ważniejsza były dla niej te błyskotki obecnie, niż niewidzialność. W tym ogrodzie porośniętym czarnymi różami oraz innymi, równie uroczym w swym jestestwem chwastem, raczej nie skrywała się żadna, mrożąca krew w żyłach bestia. A przynajmniej tego Edith pragnęła, bo w walce z jakąkolwiek istotą była skazana na porażkę.
Prychnęła rozbawiona, słysząc te słowa o ministerstwie.
— Jeśli coś stąd wstanie i Pana zje to mnie tu nigdy nie było, więc niech się Pan nie martwi, ode mnie ministerstwo niczego się nie dowie. — odparła wprost, bo nie chciała być na ich celowniku, nigdy, nigdzie. No i śmierć czarodzieja z tak znanej rodziny na pewno niosłaby za sobą poważne konsekwencje i weź się człowieku tłumacz i łgaj w żywe oczy tak wielu czarodziejom, zbyt upierdliwie.
Ostatecznie, może i mu zaproponowała, że będą wspólnie szukać powodu całego zamieszania w Maida Vale, ale to wcale nie znaczyło, że będzie to robić. Nie zwracała więc na niego zbyt wielkiej uwagi, rozglądała się na boki i kopała nogą w ziemi obok, znudzona. Ale kiedy mu się wyrwało coś w zupełnie obcym dla niej języku, to od razu skierowała swoje spojrzenie na wodę. Nic tam nie widziała, ani tej kobiety, ani tego płatka, co to pojawił się na powierzchni znikąd. Powoli, zaczęło do niej dochodzić, że to kompletny wariat, a nie przyjazny dziwak, tak jak wcześniej jej się wydawało. Wycierał te dłonie nerwowo, a Edith nie potrafiła zrozumieć skąd ta nerwowość się brała, bo przed jej oczyma nie było zupełnie nic.
I może nawet trochę ją denerwował, i może nie powinna tak do niego mówić, jak właśnie za kilka chwil miała powiedzieć, ale chciała się bawić w niańkę, szczególnie dla starego chłopa.
— No dobrze spojrzę, ale jeśli to jakiś żart i nic tam nie ma, to ja sama pana wrzucę do tej wody, żeby coś Pana tam pożarło i wtedy to nawet nie powiadomię o wydarzeniu Pana rodziny. — mruknęła, marszcząc brwi i przykucnęła tuż obok.
Nie musiała wpatrywać się w taflę wody zbyt długo, bo od razu zamiast siebie zobaczyła w niej jakąś kobietę. W głowie szukała znajomych twarzy — podobieństwa do kogokolwiek — odpowiedź nie nadchodziła. Potem był gest, ostrzeżenie? Być może, ale Edith nie należała do czarownic przesądnych i to równie dobrze mogła być jakaś sztuczka Lestrangów, głupi żart mający przerazić zaciekawionych zmianami, jakie zaszły w ogrodzie czarodziejów. Potem był ten płatek i ktoś tu naprawdę znał się na zaklęciach transmutacji, bo ten pojawił się na tafli znikąd, ale rozpłynął się równie szybko, więc czy było się czym przejmować, skoro nic jej nie wciągnęło do wody? Uczucie wilgoci na palcach zignorowała, bo każdemu mogły się spocić dłonie.
Ostatecznie, odchyliła się do tafli, zupełnie niewzruszona.
— Ciekawy pokaz magii, naprawdę. To pan to teraz zrobił? Czy może przeklęci Lestrangowie robią sobie z innych żarty. — patrzyła na niego z boku, szykując siły na to żeby wrzucić go do tej zimnej sadzawki może, jeśli się okaże, że to jego zachowanie to wysublimowana gra aktorska, a nie szczere podenerwowanie. Szukała wrażeń, to prawda, ale była zdecydowanie zbyt dumna i w siebie samą zapatrzona, żeby komuś na to pozwolić. Szczególnie komuś praktycznie jej obcemu.
torment me. IN DETAIL.