20.08.2026, 10:40 ✶
Nie tak zaplanował dzisiejszy wieczór, nie żeby jego plany miały jakiekolwiek znaczenie w ostatnich latach. W sumie mógł przywyknąć do tego, że wszystko absolutnie stawało na głowie, że nic absolutnie nie mogło być stałą.
A jednak.
Dwieście lat temu, gdy zawitała do jego dworu, od pierwszych chwil czuł to dziwne mrowienie, ten łagodny imperatyw ciągnący go w stronę drobnej pyskatej istoty, która dokładała wszelkich starań, by nie wyciągać na niego ani kłów ani czerwonych paznokci. Ciągnęło go do temperamentu schowanego za porcelanową twarzyczką, ciągnęło go do tych momentów, gdy zieleń oczu lśniła gwieździstą fascynacją.
Skłamałby, gdyby powiedział, że sama jej obecność była tsunami, nawet jeśli finalnie, zbiegiem wszelkich okoliczności realnie to trzepot jej skrzydeł zrujnował całe jego ówczesne życie. Wtedy jednak, podczas pierwszych dni spokojnego zapoznawania się ze wzajemną rutyną, była powiewem świeżości, którego nie był w stanie zignorować. Jej ruch ściągał wzrok. Jej głos wprawiał szczątki duszy w drganie.
Jej dotyk rozchodził się mrowieniem po całej skórze, a tego co miał szansę doświadczać we tragicznym śnie przed kilkoma dniami, teraz ze zdwojoną siłą odczuwał na jawie. Był pewien, że nie śni, wszak jego dłonie jeszcze przed momentem doglądały cmentarnego ogrodu.
Nie do końca jej wierzył, gdy powiedziała to co powiedziała, próbując odwróconym gestem potwierdzić swoje słowa. Przyglądał jej się nieco struchlały, świadom tego jak bardzo chciał zasabotować jego mieszkanie w tym miejscu, jak rozpaczliwie próbował doprowadzić ją do furii, by w końcu przekonać się, że nie jest tu mile widziany, a charytatywny projekt Montbel został zerwany naruszeniem warunków cywilizowanej koegzystencji. Jego zimne jasne oczy nie mogły zatrzymać się na jednym fragmencie jej twarzy, jakby próbował odczytać z niej prawdę. Czekoladki miały działać tak, że trzeba było być szczerym ale dopiero po zadanym pytaniu a nie przed.
Nienawidził tego stanu. Kochał ten stan. Niepewność rozsadzała mu klatkę piersiową, a kłębiące się emocje nie mogły znaleźć ujścia teraz, gdy siedzieli bez ruchu w małej altance, tak boleśnie podobnej do tej, w której spędzili ostatnią miłą chwilę jej pobytu we Francji, prawie dwa wieki temu.
– Chciałbym móc ofiarować Ci jutrzejszy wschód słońca – powiedział cicho, chrapliwie, niezręcznie, jak tylko mogły być niezręczne uczucia, z którymi nie umiał sobie poradzić. – Mam… mam u góry eliksiry, które ponoć umożliwiają takie cuda. Do… do testów. Jeśli miałabyś ochotę zaryzykować ze mną? – Intonacja sama ułożyła się w pytanie, nie dlatego, że chciał je zadać, a dlatego, że dotarło do niego w trakcie mówienia, że może to nie był najlepszy pomysł, bo przecież nie przetestował tego najpierw na własnej skórze i mógłby w ten sposób narazić Lucy na dyskomfort. Nie że nie mógłby jej potem opatrzeć i zaopiekować się oparzeniami, ale wątpił by po takiej przypadkowo zjedzonej zbyt skutecznej czekoladce i całkiem celowo wypitym trefnym eliksirze w ogóle chciała by jeszcze cokolwiek dla niej robił. Tak czy inaczej nie zauważył, że zapytał, ale magia… cóż, ta wiedziała swoje.
A jednak.
Dwieście lat temu, gdy zawitała do jego dworu, od pierwszych chwil czuł to dziwne mrowienie, ten łagodny imperatyw ciągnący go w stronę drobnej pyskatej istoty, która dokładała wszelkich starań, by nie wyciągać na niego ani kłów ani czerwonych paznokci. Ciągnęło go do temperamentu schowanego za porcelanową twarzyczką, ciągnęło go do tych momentów, gdy zieleń oczu lśniła gwieździstą fascynacją.
Skłamałby, gdyby powiedział, że sama jej obecność była tsunami, nawet jeśli finalnie, zbiegiem wszelkich okoliczności realnie to trzepot jej skrzydeł zrujnował całe jego ówczesne życie. Wtedy jednak, podczas pierwszych dni spokojnego zapoznawania się ze wzajemną rutyną, była powiewem świeżości, którego nie był w stanie zignorować. Jej ruch ściągał wzrok. Jej głos wprawiał szczątki duszy w drganie.
Jej dotyk rozchodził się mrowieniem po całej skórze, a tego co miał szansę doświadczać we tragicznym śnie przed kilkoma dniami, teraz ze zdwojoną siłą odczuwał na jawie. Był pewien, że nie śni, wszak jego dłonie jeszcze przed momentem doglądały cmentarnego ogrodu.
Nie do końca jej wierzył, gdy powiedziała to co powiedziała, próbując odwróconym gestem potwierdzić swoje słowa. Przyglądał jej się nieco struchlały, świadom tego jak bardzo chciał zasabotować jego mieszkanie w tym miejscu, jak rozpaczliwie próbował doprowadzić ją do furii, by w końcu przekonać się, że nie jest tu mile widziany, a charytatywny projekt Montbel został zerwany naruszeniem warunków cywilizowanej koegzystencji. Jego zimne jasne oczy nie mogły zatrzymać się na jednym fragmencie jej twarzy, jakby próbował odczytać z niej prawdę. Czekoladki miały działać tak, że trzeba było być szczerym ale dopiero po zadanym pytaniu a nie przed.
Nienawidził tego stanu. Kochał ten stan. Niepewność rozsadzała mu klatkę piersiową, a kłębiące się emocje nie mogły znaleźć ujścia teraz, gdy siedzieli bez ruchu w małej altance, tak boleśnie podobnej do tej, w której spędzili ostatnią miłą chwilę jej pobytu we Francji, prawie dwa wieki temu.
– Chciałbym móc ofiarować Ci jutrzejszy wschód słońca – powiedział cicho, chrapliwie, niezręcznie, jak tylko mogły być niezręczne uczucia, z którymi nie umiał sobie poradzić. – Mam… mam u góry eliksiry, które ponoć umożliwiają takie cuda. Do… do testów. Jeśli miałabyś ochotę zaryzykować ze mną? – Intonacja sama ułożyła się w pytanie, nie dlatego, że chciał je zadać, a dlatego, że dotarło do niego w trakcie mówienia, że może to nie był najlepszy pomysł, bo przecież nie przetestował tego najpierw na własnej skórze i mógłby w ten sposób narazić Lucy na dyskomfort. Nie że nie mógłby jej potem opatrzeć i zaopiekować się oparzeniami, ale wątpił by po takiej przypadkowo zjedzonej zbyt skutecznej czekoladce i całkiem celowo wypitym trefnym eliksirze w ogóle chciała by jeszcze cokolwiek dla niej robił. Tak czy inaczej nie zauważył, że zapytał, ale magia… cóż, ta wiedziała swoje.