19.08.2026, 22:06 ✶
Nie musiał na Lysse czekać długo, na miejscu zjawiła się punktualnie. Nie, że jakoś bardzo Caiusowi to przeszkadzało, wręcz przeciwnie — dobrze wiedział, jak wiele czasu potrzebuje czarownica na to swoje strojenie i przygotowania, przez wiele lat przecież mógł obserwować swoją matkę, która uważnie dobierała drogie szaty oraz biżuterię do okazji.
Uśmiechnął się do niej ładnie i wyciągnął dłoń po jej dłoń by ją w tą dłoń właśnie ucałować. Pochylił się odpowiednio nisko, pamiętając by jej dłoni do góry nie podnieść. Po tym pokazie wielkiej kultury, szacunku i sympatii do Lyssy. Wyprostował się pewny siebie i spojrzał jej prosto w oczy.
— Udajemy się do pewnego miejsca. — rzucił spokojnie, po czym wziął ją pod rękę — tą, w której swojej laski nie dzierżył i powoli ruszył z nią w stronę restauracji. — Gdzie, zaraz się przekonasz, bo jest niedaleko. — dalej się uśmiechał, możliwe, że wyglądał przez to głupio, ale rzadko kiedy zdarzało mu się, że ktoś proponował mu spotkanie. Nie był co prawda całkowitym pustelnikiem, co to tylko zamykał się w swojej pracowni żeby pracować i pracować, a towarzystwo ludzi mu nie przeszkadzało, nie miał jednak zbyt wielu przyjaciół, a czasy jego świetlanej kariery w Quidditcha, gdy widywał kogoś nowego praktycznie codziennie, również minęły dawno i bezpowrotnie.
— Muszę Cię przeprosić za moją ostatnią nieobecność. Być może i niczego sobie nie obiecywaliśmy, ale powinienem się odezwać i wytłumaczyć dlaczego nie szukałem Cię w tłumie w czasie tych wszystkich, poprzednich okazji. Nie miałem jednak do tego głowy, a mój wyjazd pochłonął mnie całkowicie. Słyszałem jednak, że należą Ci się gratulację. Wystawa i to w tak młodym wieku, naprawdę brawa! — patrzył na nią z boku, gdy się tak kajał i prawił pochwały, naprawdę dobrze mu to wszystko zawsze wychodziło, miał we krwi coś, co krzyczało głośno S I M P.
W końcu, tym powolnym spacerkiem dotarli pod ramię do Zorzy, gdzie otworzył przed nią drzwi i wpuścił pierwszą do środka.
Uśmiechnął się do niej ładnie i wyciągnął dłoń po jej dłoń by ją w tą dłoń właśnie ucałować. Pochylił się odpowiednio nisko, pamiętając by jej dłoni do góry nie podnieść. Po tym pokazie wielkiej kultury, szacunku i sympatii do Lyssy. Wyprostował się pewny siebie i spojrzał jej prosto w oczy.
— Udajemy się do pewnego miejsca. — rzucił spokojnie, po czym wziął ją pod rękę — tą, w której swojej laski nie dzierżył i powoli ruszył z nią w stronę restauracji. — Gdzie, zaraz się przekonasz, bo jest niedaleko. — dalej się uśmiechał, możliwe, że wyglądał przez to głupio, ale rzadko kiedy zdarzało mu się, że ktoś proponował mu spotkanie. Nie był co prawda całkowitym pustelnikiem, co to tylko zamykał się w swojej pracowni żeby pracować i pracować, a towarzystwo ludzi mu nie przeszkadzało, nie miał jednak zbyt wielu przyjaciół, a czasy jego świetlanej kariery w Quidditcha, gdy widywał kogoś nowego praktycznie codziennie, również minęły dawno i bezpowrotnie.
— Muszę Cię przeprosić za moją ostatnią nieobecność. Być może i niczego sobie nie obiecywaliśmy, ale powinienem się odezwać i wytłumaczyć dlaczego nie szukałem Cię w tłumie w czasie tych wszystkich, poprzednich okazji. Nie miałem jednak do tego głowy, a mój wyjazd pochłonął mnie całkowicie. Słyszałem jednak, że należą Ci się gratulację. Wystawa i to w tak młodym wieku, naprawdę brawa! — patrzył na nią z boku, gdy się tak kajał i prawił pochwały, naprawdę dobrze mu to wszystko zawsze wychodziło, miał we krwi coś, co krzyczało głośno S I M P.
W końcu, tym powolnym spacerkiem dotarli pod ramię do Zorzy, gdzie otworzył przed nią drzwi i wpuścił pierwszą do środka.
Ah, there he is.
That motherfucker.
What a tool.
That motherfucker.
What a tool.