Lyssa miała serdecznie dość całej tej ponurej atmosfery, która zapanowała nad Londynem. Drażniło ją okropnie, że zadziana tragedia rozwlekana była na wszystkie strony. Dni, tygodnie, w końcu i miesiąc, kiedy już życie powinno ruszyć dalej i wrócić do poprawnego rytmu. Przynajmniej jej zdaniem. Patrzyła z pewnym znudzeniem na to, co działo się za oknami Praw Czasu, zastanawiając się ile jeszcze to będzie trwać, może nie do końca rozumiejąc, że tragedia tego rozmiaru miała nigdy nie przeminąć. Nie wszyscy mieli tyle pieniędzy, ile posiadał Vakel – nie byli w stanie naprawić zniszczeń w przeciągu paru dni, ani też wysłać swoją rodzinę do szpitala, by lekarze z miejsca zajęli się ich uciążliwym kaszlem. Komfort, w jakim żyła młoda Dolohov, był dla niej tak pewny, że aż nieoczywisty. Unikał jakby jej świadomości, będąc w jej mniemaniu czymś, co całkowicie się jej należało.
Może dlatego skreśliła parę słów do Caiusa, bo jej się zwyczajnie nudziło. Ekstaza Merlina przeminęła, a przez to mogła wreszcie zająć się czymś innym, niż obsesyjne doprecyzowywanie plakatów i obrazów, które postanowiła zaprezentować na malutkim wernisażu, który zapewnił jej teatr The Globe.
Co zaś tyczyło się tego, jak rodzina mogła zapatrywać się na jej randkowanie, to po incydencie z Parkinsonem, Lyssa wyznaczyła kategoryczną granicę. Nie miała zamiaru słuchać zdania nikogo na temat tego, z kim powinna się spotkać, a z kim nie. Tak samo była zdecydowana odrzucać wszelkie dobre rady, które mogły jej zaserwować karty, wciąż czując zwyczajną złość na wspomnienie tego co wygadywały przed spotkaniem z Aidanem. Gdyby mogła, to każdą talię którą znalazłaby w domu, wrzuciłaby do kominka. Niestety, spotkałoby się to zapewne z gniewem każdego z domowników.
Aleja Horyzontalna była jak najbardziej akceptowalnym miejscem, jeśli chodziło o punkt spotkania. Zdawał się obiecywać całkiem rozsądnie spędzone spotkanie (Lyssa starała się zachować rozsądek wobec swoich oczekiwań bo niestety, ale sraka 69 miała zostać z nią na dłużej niż Spalona Noc). Nie spodziewała się po Caiusie, by zamierzał zabrać ją spacerkiem do jakiejś obślizgłej budki z hot-dogami, i to nawet nie dlatego że sam ledwo by do niej dokuśtykał.
— Dzień dobry — zabrzmiał obok Burke, kiedy Lyssa wreszcie go zlokalizowała i zatrzymała się obok. Uśmiechnęła się lekko, wygładzając mimowolnie fragment ciemnej, niebieskiej szaty wierzchniej, spod której przebłyskiwały fragmenty jaśniejszego materiału. Jak zawsze ubrana była w tkaniny zszyte według francuskiej mody i preferencji, przez co odcinała się na tle tłumów. — To gdzie dzisiaj mamy plany się udać?
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.