18.08.2026, 00:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.08.2026, 01:36 przez Septima Ollivander.)
„Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne mają niebo na ziemi…" — zobaczyła niespełna kilka minut wcześniej, wydrapane pazurem nad damską umywalką. Któraś przed nią musiała robić to długo i z zacietrzewieniem, bo tynk odszedł aż do gołej cegły, a ostatnie „i" schodziło już ukośnie, jakby autorce skończyła się już cierpliwość. Albo ktoś zaczął dobijać się do drzwi.
Podirytowało ją to trochę. Z powodów wielu i przy każdym robiła jej się brzydka zmarszczka na czole. Wytarła więc dłonie o spódnicę, bo ręcznik przy umywalce wyglądał jak coś, co należało spalić jeszcze przed pierwszą wojną i wróciła do stolika okrężną drogą, mijając stół cygańskiej gromady i dwóch mężczyzn kłócących się o zaklęcie na kurzajki.
— Masz rację. Powinnam poszerzyć życiowe doświadczenia — przyznała niechętnie i jakoś zabrzmiało to nieszczerze. Zamiast ciaśniej zripostować, zaszorowała zębami i tylko uśmiechnęła się kwaśno. — Zacznę i zdam ci pilną relację.
Obróciła kubek o ćwierć obrotu, potem jeszcze o ćwierć, jakby ustawiała go pod ucho. Wypiła całość jednym tchem, tak jakby ugaszała nieopisany gardłowy pożar. Wiedziała, że tego jutrzejszego ranka pożałuje, ale zaraz potem poprosiła o czystą ognistą, jak na dużą, psia mać, dziewczynkę przystało.
Pokręciła głową, skupiając się na reszcie rozmowy (na kobiece zmiany nastrojów jeszcze miał przyjść czas).
— Poślubiona bogu — powtórzyła po nim wolno, próbując egzotycznego zdania na języku. Najpierw przeszło ją zimnem od nasady karku aż po nadgarstki, tak gwałtownie, że musiała zacisnąć palce na kubku, żeby nie zdradziły jej drżeniem. Jeszcze do niedawna miała w to wszystko nie wierzyć, ale coś, może los, chciało testować jej wiarę.
Potem zaś — i to było najpewniej gorsze niż sam strach — coś jej w oczach błysnęło.
Myśl przyszła szybciej niż wstyd, brzydka i rzemieślnicza do szpiku, bo czy drewno układałoby się jej pod dłutem posłuszniej, czy rdzeń przestałby się w końcu opierać przy oplocie, czy różdżka wychodziłaby z jej rąk o te kilka procent celniejsza niż z ojcowskich? Czy miałaby u kogoś, czegoś, co decydowało o magicznej mocy, fory? Daleko szukać nie musiała, bo znała przecież czarodziejów, którzy latami składali ofiary z pierwszego urobku, żeby wyprosić sobie choć tyle, a jej podobno zarzucono to na głowę za darmo, między jedną pieśnią a drugą.
Jej przodkowi ponoć udało się stworzyć czarną różdżkę. Może korzystał z podobnych przekleństw?
— Pewnie faktycznie zmęczenie — ustąpiła w końcu, bo łatwiej było przyjąć jego wersję niż bronić własnej, której sama nie miała. — Przespałam pierwszą dobę po powrocie prawie w całości i wstałam bardziej wykończona, niż się kładłam.
Jego dłoń była sucha i ciepła, z tą suchością po uprzężach, którą znała od lat i rozpoznałaby nawet po ciemku. Nie cofnęła zbyt szybko swojej, bo tak jeszcze nie umiała.
Dopiła ognistą jednym pociągnięciem, aż zapiekło ją pod mostkiem, a oczy zaszły mgłą, przez którą świece nad barem urosły do rozmiarów miniaturowych, karłowatych słońc.
— Zamów mi jeszcze jednego — ruszając do łazienki, między stolikami, na których stały już drugie i trzecie kolejki, obok mężczyzny tłumaczącego komuś ze łzami w oczach, że wcale nie jest pijany.
Drzwi do damskiej puchły od wilgoci i trzeba je było otwierać biodrem, a biodro takich ekscesów nie zapominało; nie zapominała też ściana nad umywalką, na której ten cholerny napis nie zmienił się ani o literę.
Chwilę potem wypadła z damskiej tak, że drzwi grzmotnęły o framugę; szła przez salę tym swoim nierównym krokiem, coraz szybciej, jakby szalony dyrygent dyktował jej tempo od tyłu. Ognista czekała. Wypiła ją stojąc, przełknęła z trudem, poczekała, aż zapiecze, i dopiero wtedy pozwoliła sobie na uśmiech, który wyszedł o pół cala za szeroki, aby być grzeczny.
— Dopijaj. Idziemy stąd.
Nie miała jeszcze planu gdzie, ani po co, ale skoro może została wydana jakiemuś bogu, to niech ten bóg przynajmniej wie, kogo sobie wziął za żonę.
Podirytowało ją to trochę. Z powodów wielu i przy każdym robiła jej się brzydka zmarszczka na czole. Wytarła więc dłonie o spódnicę, bo ręcznik przy umywalce wyglądał jak coś, co należało spalić jeszcze przed pierwszą wojną i wróciła do stolika okrężną drogą, mijając stół cygańskiej gromady i dwóch mężczyzn kłócących się o zaklęcie na kurzajki.
— Masz rację. Powinnam poszerzyć życiowe doświadczenia — przyznała niechętnie i jakoś zabrzmiało to nieszczerze. Zamiast ciaśniej zripostować, zaszorowała zębami i tylko uśmiechnęła się kwaśno. — Zacznę i zdam ci pilną relację.
Obróciła kubek o ćwierć obrotu, potem jeszcze o ćwierć, jakby ustawiała go pod ucho. Wypiła całość jednym tchem, tak jakby ugaszała nieopisany gardłowy pożar. Wiedziała, że tego jutrzejszego ranka pożałuje, ale zaraz potem poprosiła o czystą ognistą, jak na dużą, psia mać, dziewczynkę przystało.
Pokręciła głową, skupiając się na reszcie rozmowy (na kobiece zmiany nastrojów jeszcze miał przyjść czas).
— Poślubiona bogu — powtórzyła po nim wolno, próbując egzotycznego zdania na języku. Najpierw przeszło ją zimnem od nasady karku aż po nadgarstki, tak gwałtownie, że musiała zacisnąć palce na kubku, żeby nie zdradziły jej drżeniem. Jeszcze do niedawna miała w to wszystko nie wierzyć, ale coś, może los, chciało testować jej wiarę.
Potem zaś — i to było najpewniej gorsze niż sam strach — coś jej w oczach błysnęło.
Myśl przyszła szybciej niż wstyd, brzydka i rzemieślnicza do szpiku, bo czy drewno układałoby się jej pod dłutem posłuszniej, czy rdzeń przestałby się w końcu opierać przy oplocie, czy różdżka wychodziłaby z jej rąk o te kilka procent celniejsza niż z ojcowskich? Czy miałaby u kogoś, czegoś, co decydowało o magicznej mocy, fory? Daleko szukać nie musiała, bo znała przecież czarodziejów, którzy latami składali ofiary z pierwszego urobku, żeby wyprosić sobie choć tyle, a jej podobno zarzucono to na głowę za darmo, między jedną pieśnią a drugą.
Jej przodkowi ponoć udało się stworzyć czarną różdżkę. Może korzystał z podobnych przekleństw?
— Pewnie faktycznie zmęczenie — ustąpiła w końcu, bo łatwiej było przyjąć jego wersję niż bronić własnej, której sama nie miała. — Przespałam pierwszą dobę po powrocie prawie w całości i wstałam bardziej wykończona, niż się kładłam.
Jego dłoń była sucha i ciepła, z tą suchością po uprzężach, którą znała od lat i rozpoznałaby nawet po ciemku. Nie cofnęła zbyt szybko swojej, bo tak jeszcze nie umiała.
Dopiła ognistą jednym pociągnięciem, aż zapiekło ją pod mostkiem, a oczy zaszły mgłą, przez którą świece nad barem urosły do rozmiarów miniaturowych, karłowatych słońc.
— Zamów mi jeszcze jednego — ruszając do łazienki, między stolikami, na których stały już drugie i trzecie kolejki, obok mężczyzny tłumaczącego komuś ze łzami w oczach, że wcale nie jest pijany.
Drzwi do damskiej puchły od wilgoci i trzeba je było otwierać biodrem, a biodro takich ekscesów nie zapominało; nie zapominała też ściana nad umywalką, na której ten cholerny napis nie zmienił się ani o literę.
Chwilę potem wypadła z damskiej tak, że drzwi grzmotnęły o framugę; szła przez salę tym swoim nierównym krokiem, coraz szybciej, jakby szalony dyrygent dyktował jej tempo od tyłu. Ognista czekała. Wypiła ją stojąc, przełknęła z trudem, poczekała, aż zapiecze, i dopiero wtedy pozwoliła sobie na uśmiech, który wyszedł o pół cala za szeroki, aby być grzeczny.
— Dopijaj. Idziemy stąd.
Nie miała jeszcze planu gdzie, ani po co, ale skoro może została wydana jakiemuś bogu, to niech ten bóg przynajmniej wie, kogo sobie wziął za żonę.
Kocham drewno i duże bicepsy.