13.08.2026, 23:32 ✶
Mówiła coś.
Głos zdradzał zdenerwowanie, które tak pięknie maskowała chłodem wampirzego istnienia. Miał też inny prezent w swojej komnacie, ale czekał na niego aż ogród będzie skończony.
Ona uratowała go przed świtem, a on mógł jej go dać w prezencie.
Bez śmierci, bez prochu, bez… bez większych myśli, zdecydowanie bez myśli co to wszystko znaczyło.
Tak samo jak teraz nie chciał się zastanawiać czemu jest taka nerwowa, czemu patrzy mu prosto w oczy i mówi o laudanium. Wszystko byle nie dotknąć prawdy na temat swoich uczuć.
Wampir daleki był od rozmyślań, czy współdzielili sen, znając oczywiście z racji swojej profesji to zjawisko, ale nie zgłębiając go zbytnio w praktyce. Znów być może nie powinien za bardzo się nad tym pochylać, bo pozostawała cała lista do odhaczenia potencjalnych przyczyn występowania. Aura miejsca, wspólnie przebyta trauma, czy w końcu… wykraczająca ponad przeciętną nić energetyczna łącząca dwie duszy.
Nie.
Nie chciał się nad tym zastanawiać.
Ani nad tym czemu ona się tak bała, ani nad tym czego bał się on.
Zamiast tego poddawał się spojrzeniu jej oczu, jej niepewności mającej dwie setki na karku. A przecież oboje nie lubili romansów.
Ujął jej dłoń. Delikatnie, zupełnie jakby była utkana z pajęczych nitek porozwieszanych pośród zmierzchowych różanych kielichów. Jakby była utkana z ciszy, która rozkwitała między nimi. Wszystkich niezadanych na tym etapie pytań. Na tym i na żadnym w sumie.
Odcisnął miękkie wargi na różanej dłoni, nie precyzując czemu ten gest miałby właściwie służyć. Równie dobrze mógł to zrobić tylko dlatego, że siedziała tuż obok. Choć może chciał pokazać, że nie tylko słowami można było odkryć prawdę. Oboje byli znawcami ludzkiej natury. Obserwacja była bez mała jej elementem.
Zatem, gdy już ucałował jej dłoń, to jej wcale nie wypuścił, chyba że gołębica chciałaby ją zabrać, dałby ulecieć jej bez najmniejszego zawahania. Odwrócił też głowę ku ogrodowi nad którym teraz tak bardzo pracował, językiem rozsmakowując się w ciemnym aromacie czekolady. Milczał, bo ani nie chciał narażać jej na przymus wypowiedzenia prawdy, ale też trochę dlatego że nie chciał słyszeć prawdy. Cisza zdawała się komfortowa, tak długo jak panna Rosewood decydowała się z nim tu być. Tak długo jak nie uciekła. Tak długo jak miał szansę przymknąć powieki i oddychać jej obecnością w małej altanie na terenie Northanger Abbey.
Głos zdradzał zdenerwowanie, które tak pięknie maskowała chłodem wampirzego istnienia. Miał też inny prezent w swojej komnacie, ale czekał na niego aż ogród będzie skończony.
Ona uratowała go przed świtem, a on mógł jej go dać w prezencie.
Bez śmierci, bez prochu, bez… bez większych myśli, zdecydowanie bez myśli co to wszystko znaczyło.
Tak samo jak teraz nie chciał się zastanawiać czemu jest taka nerwowa, czemu patrzy mu prosto w oczy i mówi o laudanium. Wszystko byle nie dotknąć prawdy na temat swoich uczuć.
Wampir daleki był od rozmyślań, czy współdzielili sen, znając oczywiście z racji swojej profesji to zjawisko, ale nie zgłębiając go zbytnio w praktyce. Znów być może nie powinien za bardzo się nad tym pochylać, bo pozostawała cała lista do odhaczenia potencjalnych przyczyn występowania. Aura miejsca, wspólnie przebyta trauma, czy w końcu… wykraczająca ponad przeciętną nić energetyczna łącząca dwie duszy.
Nie.
Nie chciał się nad tym zastanawiać.
Ani nad tym czemu ona się tak bała, ani nad tym czego bał się on.
Zamiast tego poddawał się spojrzeniu jej oczu, jej niepewności mającej dwie setki na karku. A przecież oboje nie lubili romansów.
Ujął jej dłoń. Delikatnie, zupełnie jakby była utkana z pajęczych nitek porozwieszanych pośród zmierzchowych różanych kielichów. Jakby była utkana z ciszy, która rozkwitała między nimi. Wszystkich niezadanych na tym etapie pytań. Na tym i na żadnym w sumie.
Odcisnął miękkie wargi na różanej dłoni, nie precyzując czemu ten gest miałby właściwie służyć. Równie dobrze mógł to zrobić tylko dlatego, że siedziała tuż obok. Choć może chciał pokazać, że nie tylko słowami można było odkryć prawdę. Oboje byli znawcami ludzkiej natury. Obserwacja była bez mała jej elementem.
Zatem, gdy już ucałował jej dłoń, to jej wcale nie wypuścił, chyba że gołębica chciałaby ją zabrać, dałby ulecieć jej bez najmniejszego zawahania. Odwrócił też głowę ku ogrodowi nad którym teraz tak bardzo pracował, językiem rozsmakowując się w ciemnym aromacie czekolady. Milczał, bo ani nie chciał narażać jej na przymus wypowiedzenia prawdy, ale też trochę dlatego że nie chciał słyszeć prawdy. Cisza zdawała się komfortowa, tak długo jak panna Rosewood decydowała się z nim tu być. Tak długo jak nie uciekła. Tak długo jak miał szansę przymknąć powieki i oddychać jej obecnością w małej altanie na terenie Northanger Abbey.