— Nie pragnę niczego innego — prychnął, krytycznym spojrzeniem obrzucając torbę i schowane w niej banany. Nie ważne, jaka kryła się za nimi historia, nie był pewien czy akurat potłuczone owoce były warte marnowania na nie czasu. Może gdyby chociaż tańczyły albo same się rozbierały, ale nie wyglądało na to by miały popełnić coś podobnego. — Samuel? — podchwycił mimowolnie, na moment ściągając brwi w pewnym niezrozumieniu, ale dość szybko dochodząc, że może i tak miał na imię ten cały stolarz. — Nie jestem pewien czy będzie to takie proste. Widma i takie tam. Jak się teraz nie da tam wejść, to pewnie wszystkie dobre i ciekawe drzewa są gdzieś w głębi lasu — a przynajmniej tak zakładał. Wszystko co interesującego miała do zaoferowania Knieja Godryka, znajdowało się aktualnie poza zasięgiem normalnych ludzi. Nawet na spacer nie można było iść, a z końcem sierpnia, widma praktycznie chodziły im po ulicach. — Lichem. Tym co zjada ludzkie mózgi — sprecyzował.
— Przecież cię nie oceniam — mruknął wymijająco, zamawiając to samo, ale z większą ilością ognistej. — Co więcej, namawiałbym cię nawet do poszerzania doświadczeń życiowych. Duża już z ciebie dziewczynka, nie można tak całe życie pod kloszem. Aż bym nawet teraz zapalił, przez to co mówisz. Jestem też prawie pewien, że nie potrzeba było skończonych godów, żeby sobie pozwolić — prychnął rozbawiony. Przeszło mu przez głowę, że tylko ona mogła wszystko nazwać w taki sposób, a z drugiej strony nie spodziewał się przecież niczego innego. Także tego, że by sobie na podobne zabawy pozwoliła. — Ah tak, kuzynka Lamia. Organizowane przez nią orgie, wspominam z rozrzewnieniem — sięgnął po swój napitek, kryjąc za nim nieco złośliwy uśmiech, zanim pociągnął parę łyków.
Słuchał jej dalej w milczeniu, nie bardzo rozumiejąc, podobnie jak ona, co te obrządki miały na celu osiągnąć. Brzmiało rytualnie, pewnie gdyby dodać do tego odpowiednią atmosferę, ale Leviathan w żaden sposób nie znał się na przeprowadzaniu tego typu rzeczy. — Może zostałaś poślubiona jakiemuś bogu i nawet o tym nie wiesz? — zasugerował grzecznie, ale zaraz poczuł rozlewającą się na języku gorycz. Wyobraził ją sobie odzianą w biel, z welonem narzuconym na głowę i przysłaniającym dobrze znane mu oczy. Było w tym obrazie coś niepoprawnego. Nuta zazdrości, która ciągnęła za serce, obecna i dobitnie poświadczająca, że dla kogokolwiek przyjdzie się jej tak wystroić, na zawsze zabierze ją z jego życia. To natomiast było kwestią niewyobrażalną. Razem przemierzali szkolne korytarze, równolegle przemierzali dorosłe życie, nawet jeśli powoli zaczynała ich dzielić coraz większa przepaść, ale wciąż mieli się w zasięgu wzroku. Stracić się całkowicie nie było dla niego opcją. — Tak na poważnie, to może to zwykłe zmęczenie? Obcy kraj, nieznane zwyczaje, teraz powrót do domu po tak długim czasie? Może zwyczajnie powinnaś porządnie odpocząć? — uśmiechnął się do niej ciepło, na moment sięgając do jej dłoni. — To dobrze. Brakowało cię w Anglii.
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast