Przechadzała się ścieżkami ogrodu powoli, z twarzą zakrytą kołnierzem czarnej, jesiennej szaty, spojrzeniem raczej zimnym i zmarszczonymi w głębokim zamyśleniu brwiami. Jej znudzone spojrzenie krążyło w kółko od czarnych pąków róż, po unoszące się na powierzchni zamarzniętego stawu nenufary czy rozrastający w najgłębszych zakamarkach Maida Vale, bluszcze.
Nigdy nie potrafiła zrozumieć, skąd brał się ten cały zachwyt nad tą całą zielenią, i różnokolorowymi kwiatami, i tym wszystkim co zupełnie jej nie radowało. Wielokrotnie była świadkiem rozmów czystokrwistych panienek, co to rozpływały się nad pięknem przyrody i nad tym ogrodem właśnie, bo był on podobną Oazą pośród szarych murów wielkiego miasta i zgiełku brudnych ulic. W tamtych chwilach, Edith słyszała tylko i wyłącznie przyprawiający o ból głowy świergot wszechobecnych ptaszysk, i widziała kałuże i błoto oblepiające jej buty. Czuła smród wody w sadzawce w upalny dzień, do której ktoś może przypadkowo wpaść, ale również można kogoś w tej brudnej wodzie utopić oraz ławkę, która nigdy nie będzie równie wygodna, co obite miękkim materiałem krzesło, w jakimkolwiek cywilizowanym przybytku.
I czasem może nawet zazdrościła im tego uczucia, bo czasem również ona chciała się zachwycić nad tymi kompletnymi durnotami, nad śpiewem wróbla czy wonią świeżo zerwanych, źdźbeł trawy i nad głupim robakiem, co spogląda na człowieka, równie mocno zaciekawiony, co on spogląda na niego.
I może nawet trochę ją to zasmuciło, i może gdyby była trochę bardziej, jak Ofelia to rzuciłaby się w tu, wprost w tą zimną, brudną wodę? I może wreszcie poczułaby coś więcej niż to przeklęte znużenie. Poirytowało ją bardzo, ta cała melancholia, jaką czuła w tym ogrodzie, pośród smolistych płatków i ciężkiej, gorzkiej atmosfery.
Wyszła zza bramkę, potrzebowała świeżego powietrza.
Tam, do jej nozdrzy dotarł zapach dymu papierosowego. Spojrzenie, mimowolnie podążyło w stronę kłębków, które ulatniały się nieopodal sylwetki czarodzieja. Pierwsze co zauważyła to rudość włosów, pokrywająca jego głowę i piegatą skórę, której dla zachowania obecnego kolorytu niepotrzebne były ciepłe promienie słońca.
Kojarzyła tą twarz, ale niezbyt dobrze. Widziała go kilka razy, ale wyłącznie przelotnie. To chyba był jeden z Rowle, chociaż te piegi, i ta cała jego słoneczna rudość sugerowały również Weasleyów. Pechowiec. Ciekawe, jak wiele razy ktoś wziął go za członka tego właśnie klanu? Jak często rodzice mężczyzny zastanawiali się, czy aby na pewno, kiedy byt jeszcze płaczącym zawiniątkiem, ktoś nie podmienił ich dziecka na kogoś obcego?
I zaciekawiło to ją, zaciekawiło nawet bardzo, podeszła więc bliżej i jeszcze bliżej, aż w końcu stanęła, gdzieś w zasięgu jego wzroku. Uśmiechnęła się ładnie, może nawet szczerze i oparła o ten sam mur, znalazła się jednocześnie, praktycznie na wyciągnięcie jego ręki. Spojrzenie wlepiła w to samo miejsce, w kawałek metalu, który wyszedł spod rąk mugoli i wyciągnęła papierosa, by dołączyć do swego chwilowego towarzysza.
— Mam nadzieje, że nie przeszkadzam, — mruknęła cicho i omotała swym spojrzeniem jego sylwetkę, ale dość przelotnie. Nie wiedzieć czemu, nie potrafiła oderwać wzroku od pstrokatego żelastwa, które tą całą krzykliwością kontrastowało z całym otoczeniem. — Zabawne, w jednej strony ogrody, po których przechadzają się czarodzieje, dobijający swoich małżeńskich targów, a z drugiej to coś…— dowód naszego upadku. Chciała jeszcze dodać, ale zależało jej na tych wszystkich pozorach. Nie ufała nikomu, bo nawet najczystsi z nich, bez wyrzutów sumienia, bez cienia moralności, plamili swój honor w mugolskim brudzie.
torment me. IN DETAIL.