08.08.2026, 19:28 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.08.2026, 19:34 przez Aaron Andrew Moody.)
"To po co zabraniać?" Otóż to, zgodził się ochoczo Aaron, przejęty inżynieryjną wizją miotły wyścigowej. Nie miał zbyt wiele doświadczenia w stolarce, ale nie mogło być to takie znowu trudne: gorzej z dokoniem odpowiednich alteracji w taki sposób, żeby zachować właściwości miotły. Producenci nakładali na nie coraz więcej zabezpieczeń. Wstrzymywać chcą nas przed postępem, zawyrokował stróż prawa i porządku, który nie dalej jak kilka tygodni temu konfiksował towar nielegalnemu przemytnikowi tuningowanych mioteł wyścigowych. W czasach renesansu czarodzieje projektowali napowietrzne maszyny, które znacznie przewyższały współczesną myśl technologiczną. Nikt nie zastanawiał się wtedy, czy były bezpieczne, czy też nie. A teraz? Teraz tylko regulacje, i atesty, i kontrole bezpieczeństwa… Teraz to byli sto lat za mugolami, bo Wood & Wright załatwiło sobie monopol na rynku mioteł. Sprzedaliśmy swoją wolność za miotły z podgrzewanymi siedzeniami, smętnie podsumował sprawę Aaron, po czym uraczył Woody'ego ciekawostką, że chyba jeszcze gdzieś ma w piwnicy antyczną Galaktykę, na której mogliby poeksperymentować.
Jego entuzjazm nieco jednak przygasł, gdy zobaczył minę żony, która nie wyglądała na równie podekscytowaną wynikiem owych eksperymentów.
— Nie potrzebuję trzeciego oka, żeby wiedzieć, że znowu wymyśliłeś coś głupiego, wiesz o tym? — syknęła mężowi na ucho, gdy razem z resztą rodziny Longbottom spacerowali w stronę zagajnika.
— Ja? Ja nic nie zrobiłem, Maddie. — Padła bardzo pewna siebie odpowiedź. Aaron udawał przez chwilę, że całą jego uwagę pochłania wiewiórka, którą pokazał mu paluszkiem siedzący na jego ramionach Alastor, zanim szeptem pociągnął temat dalej. — Myśmy tylko rozmawiali, co wyczyniał z miotłą taki jeden gałgan, któremu wlepiłem dzisiaj mandat…
Po minie widział, że nie uwierzyła.
Szybko jednak coś innego pochłonęło jej uwagę: jak na młodych rodziców przystało, zbyt wiele mieli na głowie, żeby jeszcze znajdować czas na sprzeczki. Jakaś tam stara miotła wyścigowa schowana w piwnicy nie była w tym momencie sprawą życia i śmierci… W przeciwieństwie do zgubionych rękawiczek Alka, tych, które Maddie zrobiła na drutach. Gdzie zniknęły? Kiedy? Aaron nie miał bladego pojęcia, no i to nie tak, że mógł przeprowadzić śledztwo wśród drzew porastających las. Mógłby co najwyżej przesłuchać śniegowe bałwany, po to tylko, żeby stwierdzić, że sam jest z nich największym. Oddalił się wcześniej nieco od żony, żeby dołączyć do grona wyśpiewającego świąteczne pieśni: sam okropnie fałszował, ale były przecież święta, a synek też chciał pośpiewać. Być może rękawiczki wypadły mu wtedy, gdy Aaron podsadził go, żeby zerwał wielkiego sopla zwisającego z gałęzi?
— Brzmi jak materiał na nowe śledztwo, detektywie — stwierdził bardzo poważnym tonem, ujmując zmarznięte rączki syna. Rozglądał się dookoła, szukając czerwonych rękawiczek w otaczających ich zaspach. — Tajemnica czerwonej rękawiczki… No to dmuchamy w łapy! — zakomanderował żywo, po czym zaczął chuchać potężnie jak smok z bajki: po trosze po to, żeby rozgrzać zziębniete rączki, a po trosze po to, żeby odwrócić uwagę syna od zgubionych rękawiczek. Nie chciał przecież, żeby nakablował matce, że zaginęły na jego warcie. Synek śmiał się, gdy Aaron zaczął trzeć jego ręce między swoimi, jak gdyby chciał wykrzesać ogień magią łaskoczącą tuż pod opuszkami palców.
Takimi zastali ich Longbottomowie.
— A teraz idziemy z wujkiem Woody'm na tajną misję, dobra? Złapiemy tego złodzieja rękawiczek… W porządku, jeżeli go z ciocią zostawię? — zwrócił się wesoło do mamy Woody'ego, nakładając na małe łapki Alastora swoje własne wełniane rękawice, nieważne, że przeznaczone były na o wiele większe graby. Gdy tylko pani Longbottom się zgodziła, Aaron klepnął przyjaciela w plecy, po czym raźno ruszyli w drogę, znikając między drzewami. Niespecjalnie czuł wyrzuty sumienia, że zwala na przyszywaną ciotkę opiekę na dzieckiem. Dorastający syn wchodził w ten hiperaktywny okres dziecięctwa, w którym wymagał nieustannej uwagi, a Moody nie pamiętał kiedy ostatnio się wyspał.
— Czy Tessa zrobiła może w tym roooooku… — ziewnął potężnie Aaron, z trudem zmuszając się, żeby zasłonić usta ramieniem — …ten swój świąteczny jabłecznik? — spytał tęsknie, na powrót wsadziwszy zmarzniętą łapę do kieszeni kurtki. Oczywiście, że on i myślami był już przy kolacji! Dzieciaki pewnie budowały lodowy fort, tak jak on i Woody za czasów szczenięcych, ewentualnie taplali się w przerębli razem z resztą podobnych im leszczy. Wcale nie było się czym przejmować… Chociaż, jak dłużej się nad tym zastanowił, rzeczywiście dość długo nie było w zasięgu jego wzroku. Bogowie, pomyślał nagle, rozsierdzony tym, że przez krótką chwilę całkiem na poważnie rozważył, czy nie powinni się o smarków martwić. Czy już naprawdę bycie ojcem rzuciło mu się na głowę?!
Jego entuzjazm nieco jednak przygasł, gdy zobaczył minę żony, która nie wyglądała na równie podekscytowaną wynikiem owych eksperymentów.
— Nie potrzebuję trzeciego oka, żeby wiedzieć, że znowu wymyśliłeś coś głupiego, wiesz o tym? — syknęła mężowi na ucho, gdy razem z resztą rodziny Longbottom spacerowali w stronę zagajnika.
— Ja? Ja nic nie zrobiłem, Maddie. — Padła bardzo pewna siebie odpowiedź. Aaron udawał przez chwilę, że całą jego uwagę pochłania wiewiórka, którą pokazał mu paluszkiem siedzący na jego ramionach Alastor, zanim szeptem pociągnął temat dalej. — Myśmy tylko rozmawiali, co wyczyniał z miotłą taki jeden gałgan, któremu wlepiłem dzisiaj mandat…
Po minie widział, że nie uwierzyła.
Szybko jednak coś innego pochłonęło jej uwagę: jak na młodych rodziców przystało, zbyt wiele mieli na głowie, żeby jeszcze znajdować czas na sprzeczki. Jakaś tam stara miotła wyścigowa schowana w piwnicy nie była w tym momencie sprawą życia i śmierci… W przeciwieństwie do zgubionych rękawiczek Alka, tych, które Maddie zrobiła na drutach. Gdzie zniknęły? Kiedy? Aaron nie miał bladego pojęcia, no i to nie tak, że mógł przeprowadzić śledztwo wśród drzew porastających las. Mógłby co najwyżej przesłuchać śniegowe bałwany, po to tylko, żeby stwierdzić, że sam jest z nich największym. Oddalił się wcześniej nieco od żony, żeby dołączyć do grona wyśpiewającego świąteczne pieśni: sam okropnie fałszował, ale były przecież święta, a synek też chciał pośpiewać. Być może rękawiczki wypadły mu wtedy, gdy Aaron podsadził go, żeby zerwał wielkiego sopla zwisającego z gałęzi?
— Brzmi jak materiał na nowe śledztwo, detektywie — stwierdził bardzo poważnym tonem, ujmując zmarznięte rączki syna. Rozglądał się dookoła, szukając czerwonych rękawiczek w otaczających ich zaspach. — Tajemnica czerwonej rękawiczki… No to dmuchamy w łapy! — zakomanderował żywo, po czym zaczął chuchać potężnie jak smok z bajki: po trosze po to, żeby rozgrzać zziębniete rączki, a po trosze po to, żeby odwrócić uwagę syna od zgubionych rękawiczek. Nie chciał przecież, żeby nakablował matce, że zaginęły na jego warcie. Synek śmiał się, gdy Aaron zaczął trzeć jego ręce między swoimi, jak gdyby chciał wykrzesać ogień magią łaskoczącą tuż pod opuszkami palców.
Takimi zastali ich Longbottomowie.
— A teraz idziemy z wujkiem Woody'm na tajną misję, dobra? Złapiemy tego złodzieja rękawiczek… W porządku, jeżeli go z ciocią zostawię? — zwrócił się wesoło do mamy Woody'ego, nakładając na małe łapki Alastora swoje własne wełniane rękawice, nieważne, że przeznaczone były na o wiele większe graby. Gdy tylko pani Longbottom się zgodziła, Aaron klepnął przyjaciela w plecy, po czym raźno ruszyli w drogę, znikając między drzewami. Niespecjalnie czuł wyrzuty sumienia, że zwala na przyszywaną ciotkę opiekę na dzieckiem. Dorastający syn wchodził w ten hiperaktywny okres dziecięctwa, w którym wymagał nieustannej uwagi, a Moody nie pamiętał kiedy ostatnio się wyspał.
— Czy Tessa zrobiła może w tym roooooku… — ziewnął potężnie Aaron, z trudem zmuszając się, żeby zasłonić usta ramieniem — …ten swój świąteczny jabłecznik? — spytał tęsknie, na powrót wsadziwszy zmarzniętą łapę do kieszeni kurtki. Oczywiście, że on i myślami był już przy kolacji! Dzieciaki pewnie budowały lodowy fort, tak jak on i Woody za czasów szczenięcych, ewentualnie taplali się w przerębli razem z resztą podobnych im leszczy. Wcale nie było się czym przejmować… Chociaż, jak dłużej się nad tym zastanowił, rzeczywiście dość długo nie było w zasięgu jego wzroku. Bogowie, pomyślał nagle, rozsierdzony tym, że przez krótką chwilę całkiem na poważnie rozważył, czy nie powinni się o smarków martwić. Czy już naprawdę bycie ojcem rzuciło mu się na głowę?!
I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
and I am ready to strike in her name