08.08.2026, 10:24 ✶
Wizja prawdziwego bicza i krwi spływającej na deski sceny, toczonej na oczach widowni w imię sztuki (ku uciesze nieumarłego hedonisty), powinna być przerażająca, a w najgorszym przypadku - budzić niesmak. Nie zainteresowanie.
N i e zaintereso-
Hannibal znów poprawił się na krześle. Szeroko otwartymi, niemal czarnymi w garderobianym półmroku oczami łypnął w lustro, na stojącego za nim wampira.
Dawno? To znaczy, że kiedyś…
Długie, wprawne palce wampira wbiły się w ciało - nie mniej celnie, niż nie tak znowu dawno (i prawie w tym samym miejscu) zrobiły to kły. W symfonii bólu i podniecenia, wygrywanej przez skołowany organizm, pojawił się nowy głos. Hannibal w pierwszej chwili nie mógł powstrzymać dreszczu, który przebiegł mu po plecach, bezradnego, kompromitującego w swej niecierpliwości, bo przecież blisko, niebezpiecznie blisko i zarazem nieznośne centymetry za daleko, ekshibicjonistyczne okoliczności, czyli jakie dokładnie?, zaraz jednak oklapł, jak złapany za kark kociak. Świadomość tego, kto go dotyka, była niemożliwa do zignorowania, ale pomijając ten fakt, nie pierwszy raz ktoś pomagał mu w ten sposób - opór mógł najwyżej pogorszyć sytuację.
- O-och… mhm… jęknął, zanim udało mu się wyartykułować słowa, wyraźniejsze, niż wcześniej, nawet, jeżeli trochę pozbawione tchu - Dobrze… to słyszeć.
Jeżeli nie przyglądać się zbyt blisko temu fragmentowi o zabijaniu. I jeżeli to w ogóle była prawda.
Nacisk był fachowy i bezlitosny. Gabriel musiał robić to nie pierwszy raz. Selwyn zamknął oczy, pozwalając mu czynić swoją powinność, przez chwilę faktycznie skupił się na oddychaniu i na powstrzymaniu tłoczących się w krtani odgłosów. Wyobraźnia, choć trochę otrzeźwiona masażem, wciąż czepiała się wizji domniemanych wampirzych orgii.
- Co - Achhh! - Co planujesz teraz? - zapytał wokół syknięcia przez zęby - Zamierzasz zostać w Londynie? - poprzednim razem wampir zniknął w samą porę, by uniknąć ognistego gówna uderzającego w wiatrak, ale Hannibal nie dodał tego, wcale nie z obawy, że wulgarna i w dodatku mugolska metafora urazi gościa, a raczej aby nie zabrzmiało to jak wyrzut w kontekście ich sierpniowego spotkania. One-night standy rządziły się pewnymi prawami - co działo się w nocy, powinno pozostać w nocy.
Ból wystrzelił w górę wzdłuż szyi i w dół, niemal do łopatki z zapierającą dech siłą. Niosące cierpienie i ulgę dłonie Montbela dotarły do jego źródła i wycisnęły z ofiary rozpaczliwe, a zarazem pełne aprobaty sapnięcie. Twardy węzeł pod skórą przeskoczył pod palcami raz i drugi, zanim odpuścił i pozostawił tylko miękką, wciąż tkliwą tkankę. Hannibal podniósł wzrok, w godnym samego Merlina pokazie samodyscypliny (prawie) nie zatrzymując go na ustach krwiopijcy. Ciemne, zmęczone nieadekwatnie do wieku oczy odnalazły w lustrze te niebieskie, starsze, zatrzymane w czasie.
- Dziękuję - westchnął, odgarniając z czoła przepocone włosy - Bogowie, czułem to przez cały finałowy taniec! - pokręcił głową i dotknął obolałego miejsca, jakby testując nowoodzyskaną sprawność. Uśmiechnął się z wdzięcznością do swego oprawcy wybawcy.
N i e zaintereso-
Hannibal znów poprawił się na krześle. Szeroko otwartymi, niemal czarnymi w garderobianym półmroku oczami łypnął w lustro, na stojącego za nim wampira.
Dawno? To znaczy, że kiedyś…
Długie, wprawne palce wampira wbiły się w ciało - nie mniej celnie, niż nie tak znowu dawno (i prawie w tym samym miejscu) zrobiły to kły. W symfonii bólu i podniecenia, wygrywanej przez skołowany organizm, pojawił się nowy głos. Hannibal w pierwszej chwili nie mógł powstrzymać dreszczu, który przebiegł mu po plecach, bezradnego, kompromitującego w swej niecierpliwości, bo przecież blisko, niebezpiecznie blisko i zarazem nieznośne centymetry za daleko, ekshibicjonistyczne okoliczności, czyli jakie dokładnie?, zaraz jednak oklapł, jak złapany za kark kociak. Świadomość tego, kto go dotyka, była niemożliwa do zignorowania, ale pomijając ten fakt, nie pierwszy raz ktoś pomagał mu w ten sposób - opór mógł najwyżej pogorszyć sytuację.
(Ekshibicjonistyczne, czyli JAKIE??)
- O-och… mhm… jęknął, zanim udało mu się wyartykułować słowa, wyraźniejsze, niż wcześniej, nawet, jeżeli trochę pozbawione tchu - Dobrze… to słyszeć.
Jeżeli nie przyglądać się zbyt blisko temu fragmentowi o zabijaniu. I jeżeli to w ogóle była prawda.
Nacisk był fachowy i bezlitosny. Gabriel musiał robić to nie pierwszy raz. Selwyn zamknął oczy, pozwalając mu czynić swoją powinność, przez chwilę faktycznie skupił się na oddychaniu i na powstrzymaniu tłoczących się w krtani odgłosów. Wyobraźnia, choć trochę otrzeźwiona masażem, wciąż czepiała się wizji domniemanych wampirzych orgii.
- Co - Achhh! - Co planujesz teraz? - zapytał wokół syknięcia przez zęby - Zamierzasz zostać w Londynie? - poprzednim razem wampir zniknął w samą porę, by uniknąć ognistego gówna uderzającego w wiatrak, ale Hannibal nie dodał tego, wcale nie z obawy, że wulgarna i w dodatku mugolska metafora urazi gościa, a raczej aby nie zabrzmiało to jak wyrzut w kontekście ich sierpniowego spotkania. One-night standy rządziły się pewnymi prawami - co działo się w nocy, powinno pozostać w nocy.
(Czy zliza-)
Ból wystrzelił w górę wzdłuż szyi i w dół, niemal do łopatki z zapierającą dech siłą. Niosące cierpienie i ulgę dłonie Montbela dotarły do jego źródła i wycisnęły z ofiary rozpaczliwe, a zarazem pełne aprobaty sapnięcie. Twardy węzeł pod skórą przeskoczył pod palcami raz i drugi, zanim odpuścił i pozostawił tylko miękką, wciąż tkliwą tkankę. Hannibal podniósł wzrok, w godnym samego Merlina pokazie samodyscypliny (prawie) nie zatrzymując go na ustach krwiopijcy. Ciemne, zmęczone nieadekwatnie do wieku oczy odnalazły w lustrze te niebieskie, starsze, zatrzymane w czasie.
- Dziękuję - westchnął, odgarniając z czoła przepocone włosy - Bogowie, czułem to przez cały finałowy taniec! - pokręcił głową i dotknął obolałego miejsca, jakby testując nowoodzyskaną sprawność. Uśmiechnął się z wdzięcznością do swego oprawcy wybawcy.